Z Ancony do Pescary
Opublikowano: 11.09.2025
Ostatnia modyfikacja: 12.11.2025
Wiosną 2025 roku wybrałem się na moją pierwszą w życiu wycieczkę bikepackingową na Majorkę i co tu dużo mówić, spodobało mi się to. Postanowiłem spróbować tego samego we Włoszech pod koniec lata, a żeby się nie umordować zanadto, to wybrałem sobie trasę, która miała być w większości po płaskim, chociaż kilka podjazdów również wystąpiło. Było wzruszająco, było pięknie, było trochę nudno i było też mokro.

Zaplanowałem sobie dwutygodniowy urlop na połowę września, kiedy we Włoszech jeszcze jest ciepło, ale nie ma już dokuczliwych upałów, do tego działa jeszcze wiele sezonowych letnich atrakcji. Trasę zaplanowałem tak, by mieć możliwość jej dowolnego skrócenia lub wydłużenia, co niespodziewanie okazało się przydatne pod koniec wyprawy. Z wiosennej wyprawy na Majorce wynikło kilka wniosków racjonalizatorskich, które wprowadziłem w życie, pojawiły się również nowe pomysły na usprawnienia.
Trasa
Początek i koniec trasy wyznaczyłem sobie tak, by móc dojechać tam / stamtąd pociągiem. Z Ancony w Marche do Pescary w Abruzji miałem przejechać rowerem i było to około 170 km. Nauczka z Majorki była taka, żeby nie brać na jeden dzień więcej niż 60 km w terenie górzastym, ale że miałem tylko jeden taki dzień, to uznałem że przez pozostałe dwa zrobię sobie przejażdżkę w tempie rekreacyjnym, bo nie ma mowy żebym się zarzynał jadąc ponad 100 km, nawet po płaskim.

Pierwszego dnia głównym celem było Loreto, a w nim polski cmentarz wojskowy i Bazylika Domu Świętego. Uparłem się na to, chociaż dołożyło mi to trzy podjazdy, z których jeden w sporej części musiałem jednak pokonać pieszo, pchając rower pod górkę, bo było zwyczajnie zbyt stromo jak na moje możliwości kondycyjne. Do tego cmentarz położony jest poniżej Bazyliki, a dojście do niego wymaga pokonania sporego odcinka schodów, co z rowerem nie było wcale przyjemne. Ale się uparłem — i zrobiłem wszystko co zaplanowałem. Bazyliki nie dane mi było zwiedzić dokładnie, bo akurat wtedy gdy tam dotarłem to odbywała się jakaś uroczysta msza z okazji Jubileuszu, a ja byłem wyjątkowo niestosownie do tego ubrany, ale obejrzałem ile się dało, kupiłem również pamiątkowe różańce dla rodziny i poświęciłem je. Absolutnie wzruszającym przeżyciem była za to wizyta na polskim cmentarzu wojskowym u stóp Bazyliki.
Cmentarz jest przepięknie położony na zboczu wzgórza, skąd rozciąga się widok na nadmorską nizinę i wybrzeże Adriatyku, a z lewej na wznoszące się Monte Conero. W ostatnich latach został on uporządkowany i obecnie nie jest już powodem do wstydu. Panuje na nim cisza i spokój przysługujące cmentarzom, co w połączeniu z kojącym widokiem robi ogromne wrażenie.
Po wspięciu się na wzgórze Bazyliki czekał już tylko zjazd nad morze do Porto Recanati i przedsmak tego, co czekało mnie przez kolejne dwa dni — rekreacyjna przejażdżka promenadami nadmorskich kurortów jak Potenza Picena czy Civitanova, aż do Porto Sant’Elpidio, gdzie miałem pierwszy nocleg.

O ile ten krótki odcinek po płaskim pierwszego dnia był przyjemną odmianą po podjazdach i zjazdach na wzgórzach wokół Loreto, o tyle drugiego dnia odczułem mocno monotonię. Trasa prowadziła w większości dość dobrze utrzymaną ścieżką rowerową trasy BI-6, czyli Ciclovia Adriatica, i tak przez prawie 60 kilometrów… Atrakcjami była głównie architektura i pojedyncze obiekty nawiązujące do marynistycznej historii regionu. Plaże: w Marche żwirkowe i raczej wąskie, a w Abruzji piaszczyste i szerokie. Wiadomo które lepsze.
Trzeciego dnia do monotonii dołączył deszcz. Padało przez cały dzień z niewielkimi przerwami i na całej trasie od Alba Adriatica aż do Pescary. I tu się przydała opcja skrótu, którą sobie zaplanowałem. Zamiast jechać pociągiem do Pratoli i stamtąd wspinać się na rowerze przez wąwóz Św. Wenantego (przepiękny, ale niekoniecznie przyjemny w deszczu) do Moliny, pojechałem pociagiem jedną stację dalej do Sulmony by tam złapać inny pociąg, którym dojechałem do Moliny. Od stacji w Molinie do domu mam około kilometra, może pod górkę, ale niezbyt stromo, a do tego sam podjazd jest całkiem krótki. Jako że byłem totalnie przemoczony, a napęd w rowerze zgrzytał od piachu zebranego na odcinkach cyklokrossu w Giulianova i w Pineto, to skwapliwie skorzystałem z tej opcji. Dotarłem do domu po południu, wykąpałem się, przebrałem i pojechałem na zakupy.
Szpej
Nauczony tym co było na Majorce, tym razem nie zabrałem sprzętu do filmowania, który wtedy zupełnie mi się nie przydał. Odczuwałem wtedy niewielki niedobór pojemności bagażowej, więc tym razem w zestawie toreb zamiast małej trójkątnej torebki pod górną rurę pojawiła się pełnowymiarowa torba. Najwięcej miejsca zajmowały cywilne buty (żeglarskie, więc leciutkie, ale przy moim rozmiarze żadne nie będą małe) i z tym wiąże się wniosek racjonalizatorski na przyszłość — na bikepacking będę zmieniał pedały na płaskie i jechał w zwykłych butach trekkingowych, żeby nie targać ze sobą dodatkowych butów do chodzenia. Może co najwyżej wezmę klapki, żeby nie latać na kwaterach na bosaka. Z klapkami w zanadrzu również bardziej kusząca staje się opcja plażowania, bo miejsce na kąpielówki i nieduży ręcznik z mikrofibry zdecydowanie by się znalazło.
Z nowych rzeczy miałem również pojemnik serwisowy przewożony w uchwycie na bidon, któremu jednak muszę jeszcze znaleźć właściwe miejsce, bo w uchwycie na rurze podsiodłowej denerwował mnie jego suwak – oraz widełki do stabilizowania torby podsiodłowej. Same widełki sprawdziły się doskonale, jednak nie skorzystałem z opcji montażu do nich dodatkowych uchwytów na bidony, bo przecież we Włoszech można spokojnie jechać z jednym bidonem, co chwilę są fontanelle z wodą pitną. Pojemnik serwisowy jest świetny bo pozwala zaszczędzić trochę miejsca w torbie, ponieważ nie ma gdzie indziej przewozić szpeju do drobnych napraw po tym, gdy pod siodłem jest duża torba.
Zdecydowanie również nie pasuje mi ten mały paśniczek od JackPacka, w którym na Majorce woziłem sprzęt filmowy, natomiast duży od Chińczyka jak najbardziej jest OK. Nie dość że lżejszy, to także bardziej stabilny i z lepszymi opcjami mocowania wokół mostka. Tańszy, gorzej wykonany, z gorszego materiału, a jednak lepiej spełnia swoją rolę.
Konkluzje
O butach już wspomniałem. Dopiekło mi to na tej wyprawie szczególnie, bo obecnie jeżdżę w Shimano SH-XC300, które skądinąd bardzo lubię, ale mają jedną bardzo nieprzyjemną właściwość — ich podeszwa na mokrym jest wyjątkowo śliska, co może być niebezpieczne np. podczas przechodzenia mokrych odcinków, o wpinaniu się stalowymi blokami w stalowe pedały SPD podczas deszczu nie wspominam, bo do dziś wspomnienie tego budzi we mnie grozę.
Wreszcie jest czas żeby zadać sobie pytanie co dalej. 3-4 dniowe cardpackingi są absolutnie OK i nie widzę powodów, żeby ich nie robić. Ilość zabieranego szpeju jest na tyle ograniczona, że podróżowanie rowerem w pagórkowatej lub lekko górzastej okolicy nie jest dla mnie wielkim problemem. Natomiast tym co mnie bardziej zastanawia jest wybór trasy.

Włochy są doskonałą okolicą na cicloturismo, czy to w formie pełnowypaśnej (sakwiarskiej), czy na bikepacking / cardpacking, tak na szosie jak i na szutrówce. Sieć połączeń kolejowych jest dostatecznie gęsta, by zarówno dostawać się w odległe miejsca by tam zaczynać, jak również by zapewniać sobie awaryjne skróty. Po dwóch dniach jazdy wzdłuż wybrzeża już wiem, że jest to dla mnie zbyt monotonne, więc chyba daruję sobie dalszy ciąg Ciclovia Adriatica i w zamian za to zrobię sobie np turę wokół Salento, albo objazd jakichś zabytków kultury (Ravenna, Bolonia, Ferrara, Modena, kojarzę te nazwy ze lekcji historii). Spróbuję jakiejś odmiany w przyszłym roku (podobnie jak w tym na wiosnę i pod koniec lata / wczesną jesienią), a potem pomyślę, czy nie wymienić roweru który tu mam na szutrówkę, co by mi rozszerzyło kontekst tras do wyboru. Doskonale za to sprawdziła się opcja dojazdowa z wykorzystaniem pociągów, bo Pescara jest dobrze skomunikowana z całym wschodnim wybrzeżem Włoch, a z kolei Sulmona ma świetne połączenia z Lacjum. Pociągi jadą szybko, przewóz rowerów jest niedrogi lub całkiem darmowy, a personel bardzo przyjazny.
Może następnym razem wreszcie uda mi się znaleźć jakieś towarzystwo?!