Długi rowerowy weekend na Majorce
Opublikowano: 28.04.2025
Ostatnia modyfikacja: 29.07.2025
Mając w perspektywie siedzenie samemu jak palec podczas świąt Wielkiej Nocy na Costa Blanca, albo w ramach alternatywy zapłacenie sporej sumy pieniędzy i siedzenie samemu jak palec w Ząbkach, wybrałem Trzecią Drogę™ — pojechałem na kilka dni z rowerem na Majorkę. Różnica względem Costa Blanca może nie na miarę egzotyki, ale z pewnością odmiana, ale co w tym najważniejsze, to że przy okazji przeżyłem nowy rodzaj przygody.

Starszy pan na rowerze w górach
Typową propozycją rowerową na Majorce dla ludzi w moim wieku jest wynajęcie elektryka i zwiedzanie ze wspomaganiem wszystkiego tego, czym normalnie szczycą się konie: Sa Calobra, Cap Formentor czy inne słynne podjazdy Serra Tramuntana. No dobrze, ale czy ja jestem już tak stary, że na zwykłym rowerze nie dam rady jeździć na Majorce, tym bardziej że daję radę na tym samym rowerze jeździć w innych nierównych miejscach? Wystarczy przecież zastosować jeden prosty trik i nie podjeżdżać pod strome wzniesienia, a wilk będzie cały i przy tym owca syta. Moja narzeczona na przykład bardzo lubi patrzeć na morze, ale nie lubi do niego wchodzić, ja mogę mieć to samo w pewnym stopniu z górami, że za uwielbianie gór wystarczy mi patrzenie na nie, z mnniejszej lub większej odległości.
A niejako przy okazji, w związku z tym że posiadam tu jedynie szosowy rower typu endurance, który nie podda się łatwo usakwieniu, to postanowiłem pójść w bikepacking. Nabyłem (nie żałując brzęczącej monety) torbę pod siodło, w którą miałem zamiar spakować się na te 4 dni (z tego 3 dni kręcenia się po wyspie na rowerze i 1 dzień transportowy). Antycypując że coś może się wydarzyć w tym kontekście, z Polski wziąłem kilka innych rowerowych torebek, które mogły mi zapewnić pewną dodatkową pojemność ładunkową i to się okazało bardzo przydatne, bo dużo rzeczy które wozi się do obsługi roweru i takich, które zwyczajnie trzeba mieć pod ręką podczas jazdy upchnąłem właśnie tam.

Jak się okazało, rzeczy które wziąłem niepotrzebnie tak znowu dużo nie było — przede wszystkim sprzęt do filmowania (kamera, mikrofon, uprząż, mini-statyw). Równie mało było rzeczy, których nie wziąłem, a mogłyby się przydać, właściwie tylko kąpielówki, bo hotel w którym spałem ostatniej nocy kusił basenem ze wszystkimi udogodnieniami, jak bar, kącik masażu itp.
Okazało się również, że dokładając pewnej staranności podczas planowania trasy w kontekście nawierzchni całkiem dobrze w bikepackingu sprawdza się rower szosowy. Mało tego, wystarczy nawet stary rower szosowy z hamulcami szczękowymi i na oponach 28 mm. Co do przygotowania od strony technicznej nie mam żadnych uwag. Przed wyjazdem wyczyściłem, nasmarowałem i wyregulowałem napęd, nasmarowałem i wyregulowałem zaciski hamulcowe, sprawdziłem ogumienie i to tyle było tych wszystkich przygotowań. Więcej czasu zajęło mi pakowanie bambetli.
Hity
Da się bez większych problemów obskoczyć kilkudniową jazdę z 2 zestawami szmat (gacie + koszulka + czapka + skarpetki), nawet wiosną jest to w stanie wyschnąć w 2 dni, tylko trzeba pamiętać o tym, żeby dać im na to szansę (skarpetkom można delikatnie pomóc suszarką do włosów). Do prania nie potrzeba dużo, letnia woda i mydło w płynie albo żel pod prysznic. Po dokładnym wyżęciu proponuję myk, który podpatrzyłem u Francisa Cade - wykręcone szmaty zawijasz w suchy ręcznik i depczesz po nich konkretnie przez kilka minut, próbując wydeptać jak najwięcej wody. A potem na wieszak, do rana kiedy je pakujesz już są prawie suche, więc potem zostaje jeszcze jedno popołudnie i noc, kiedy mają szansę doschnąć. Uda się, jeżeli nie jest zbyt mokro. Pro tip: przy włączonej klimatyzacji bez problemu wysychają przez jedną noc.
Mając na względzie szybkie schnięcie kupiłem sobie przed wyjazdem 2 pary skarpetek rowerowych w Decu i okazało się to strzałem w dziesiątkę, schną one znacznie szybciej niż zwykłe trekkingowe skarpetki w których jeżdżę normalnie (choć nie są aż tak przyjemne po kilku godzinach ciorania).
Podręczne rzeczy muszą być pod ręką i łatwo dostępne, czyli najlepiej w okolicy mostka / kierownicy — zaliczam się do osób, które kieszenie w koszulce używają tylko do tego, by na chwilę coś do nich włożyć, a nie do transportowania rzeczy. Do tego świetnie się nadają nieduże torebki nazywane paśnikami, mniejsze lub większe, oryginalnie pomyślane do tego, by wozić w nich jedzenie lub picie, ale okazało się że nikt tego nie sprawdza. W jednej miałem szmaty awaryjne (deszczówkę, rękawki, kamizelkę), w drugiej chemię: krem na słońce, tabletki z elektrolitami, chusteczki. Ta większa, od pana majfrenda (i tańsza przy okazji) okazała się bardziej praktyczna.
Musthaves
A patrząc z perspektywy starszego pana na rowerze, to bez czego nie da się obyć na roweringu przez Majorkę?
Przede wszystkim nie da się obyć bez precyzyjnie wyznaczonych tras. Każdy odcinek musi być przemyślany zarówno pod kątem wzniesień, jak i aprowizacji. Jest bardzo dużo takich miejsc, gdzie nagle nie wiadomo skąd pojawia się 100 czy 150 metrów bardzo stromego podjazdu. Jeżeli chodzi o aprowizację, to największym problemem jest dostępność wody pitnej. W odróżnieniu od Włoch, w Hiszpanii praktycznie nie ma publicznie dostępnych źródełek z wodą. We Włoszech fontanelle na każdym kroku pozwalają jeździć na lekko z jednym bidonem (może co najwyżej większym w gorące dni), w Hiszpanii jest pod tym względem gorzej niż w Polsce gdzie trasy trzeba planować pod kątem dostępności źródełek, za to na Majorce zasadniczo wody pitnej w publicznych fontannach nie ma w ogóle. Trzeba wchodzić do sklepów i kupować wodę, co w dni świąteczne nie zawsze się uda, bo jednak większość sklepów w niedziele i święta jest zamknięta, a stacji benzynowych jest mało. Do tego sugerowałbym jakieś tabletki z elektrolitami, bo butelkowana woda w Hiszpanii ma bardzo niską mineralizację. Może nie te z Deca, chyba że ktoś lubi chemiczne posmaki cytryny i stewii, ale jak nie ma innych, to choćby i te niech będą.
Kolejna rzecz to sprawny napęd i hamulce. To jest jazda w górach, więc koniecznie trzeba mieć przełożenie odpowiednie do podjazdów, dobrane do swojej kondycji (a trasy z kolei dobrane do kondycji i do posiadanego przełożenia!). W Demonie mam kompaktową korbę 50/34 i kasetę 11-34, co daje mi przełożenie 1:1. Z tym maksymalnie daję radę podjeżdżać pod wzniesienia rzędu 8-9%, a na dłuższych odcinkach 5-6%. Co do hamulców, to przy takich podjazdach i zjazdach nie ma jakiegoś wielkiego ciśnienia na hydrauliczne tarczowe, na trasie mojej wycieczki doskonale sprawowały się szczękowe Shimano BR-R7000 ze standardowymi okładzinami. No, chyba że ktoś chce jeździć w deszczu, ale przecież kto normalny chce jeździć w deszczu?!

Na podorędziu koniecznie trzeba mieć krem na słońce i używać go regularnie. Któregoś dnia przy ponownej aplikacji w połowie drogi pominąłem nos i efekt jest taki że z nosa mi teraz schodzi skóra. Z innych rzeczy bliskich ciału wiosną przydają się również rękawki i może nawet kamizelka (miałem, ale nie musiałem używać), bo pomimo tego że góry ogląda się z daleka, to rano zdarza się że jest zwyczajnie zimno. Około godziny 11 temperatura jest już całkowicie znośna, tym niemniej warto jest mieć coś ciepłego. Lekka kurtka przeciwdeszczowa to oczywista oczywistość.
Z innych przydasi, które okazały się ratować życie, wymieniłbym jeszcze ładowarkę PD 65W z kilkoma gniazdkami out (2x USB C + 1x USB A). Umożliwiała ona jednoczesne w miarę szybkie naładowanie lampek, nawigacji i telefonu, dzięki czemu mogłem w ogóle nie mieć ze sobą żadnego innego źródła prądu podczas jazdy.
W kontekście technicznym do takiego cardpackingu w zupełności wystarczy przeciętny rower szosowy, w szczególności niekoniecznie najnowszy i wyposażony w topowe komponenty. Łączna waga bagażu jaką miałem w torbach nie przekroczyła 10 kg, więc nawet rowery o ograniczonej dopuszczalnej wadze systemowej powinny dać radę, chociaż w przypadku cięższych jeźdźców warto byłoby to sprawdzić.
Te trzy dni
Linki do tras z poszczególnych dni na Komoocie. Do planowania zdecydowanie nie nadają się usługi Garmina (np planowanie tras w Garmin Connect), ponieważ często kierują pod prąd w drogi jednokierunkowe lub wyłączone z ruchu rowerów, co w Hiszpanii kończy się mandatem €200.
- Dzień 1, z Palma de Mallorca do Caimari
- Dzień 2, pętla z Caimari przez Pollença, Alcudię, Sa Pobla, Llubi
- Dzień 3, z Caimari do Palma de Mallorca przez Alaró
W Caimari i w bliskich okolicach nie brakuje opcji noclegowych, od agroturystyk i pensjonatów aż po hotele, do tego całkiem niedaleko jest nieco większe miasteczko Selva i całkiem duże miasto Inca. Okolica ta jest świetną bazą dla turystyki rowerowej ponieważ jest to środek wyspy i w każdy z krańców jest nie dalej niż 40-45 km, a do tego obfituje w malownicze trasy o różnym stopniu trudności.
Na koniec kilka przemyśleń o tym, czy to się opłaca
Z tą opłacalnością to oczywiście żart. Chodzi o to, czy to w ogóle ma sens, taka wyprawa na Majorkę w celu innym niż zaliczenie tych najsłynniejszych podjazdów? Jak zwykle, to zależy.
Widoki są piękne, zapachy kwitnących pomarańczy i fig dojrzewających na drzewach są bezdyskusyjnie oszałamiające, pogoda wiosną jest wspaniała i zachęca do dłuższych wycieczek — ale umówmy się, że przynajmniej część z tych rzeczy jest dostępna także w Polsce, a wspomniane śródziemnomorskie zapachy również znajdziemy bliżej. Jeżeli ktoś już jest we wschodniej Hiszpanii, to będzie to doskonały sposób na aktywne spędzenie kilku dni na Balearach, zwłaszcza jak się ma na mniejscu własny rower, a okolicę domu już objeżdżoną. Wtedy ma to najwięcej sensu.
Zupełnie bez sensu w kontekście relacji kosztu do osiągniętego efektu z kolei jest targanie roweru samolotem wraz ze szpejem żeby się na nim pokręcić przez kilka dni po Majorce. Wyspa nie jest aż tak duża, by objechanie jej (omijając góry Tramuntana!) zajęło więcej niż 4-5 dni, a koszt biletów będzie naprawdę duży.

Po środku są wszelkie opcje obejmujące wypożyczenie roweru i tu jest miejsce do indywidualnych rozważań nad atrakcyjnością. Wypożyczalni rowerów na Majorce jest ogromna ilość, rowery w nich są stosunkowo dobrze utrzymane, a wypożyczenie nie kosztuje majątku. Przeżycie jest wspaniałe, ale nie unikalne, więc mając możliwość przy okazji to jak najbardziej warto się zastanowić nad taką opcją spędzenia czasu.
Bardzo fajną opcją jest podróż promem z rowerem. Jakkolwiek bilet na prom kosztuje raczej więcej niż bilet na samolot, jednak w sytuacji gdy się chce zabrać własny rower, to wychodzi taniej, ponieważ przewóz roweru promem jest bezpłatny. Jedyny mankament jest taki, że trwa to dość długo i jest przytłaczająco nudne. To ostatnie dotyczy w szczególności linii Balearia i jej szybkich katamaranów obsługujących trasę z Denii na Majorkę, bo nie ma tam nawet porządnego pokładu, żeby rozprostować kości podczas 5 godzin podróży.
Podsumowując, był to doskonały pomysł na spędzenie kilku dni na rowerze w obcej okolicy, robiąć przy okazji coś nowego — coś, czego chciałem spróbować już od jakiegoś czasu. Może niekoniecznie polecam akurat wycieczkę na Majorkę, ale na pewno spróbowanie turystyki rowerowej na lekko, z minimalnym obciążeniem, skupiając się na kontekście turystycznym.