Gran Sasso i inne piękne miejsca

Opublikowano: 20.09.2025

Ostatnia modyfikacja: 01.10.2025

abruzja

demon

domane

endurance

gran sasso

rower

trek

włochy

Pozostawszy z tygodniem urlopu postanowiłem odwiedzić z moim rowerem kilka ciekawych miejsc. Byłem nad jeziorem w kształcie serca w Scanno, byłem na płaskowyżu między masywami Sirente i Vellino czyli Altopiano delle Rocche, między Rocca di Cambio i Ovindoli. Najważniejszą z takich przejażdżek była wyprawa do Gran Sasso, na granicę Campo Imperatore.

Falujące trawy w Gran Sasso
Falujące trawy w Gran Sasso

Gran Sasso to najwyższy masyw Apeninów, słynny jako plan wielu filmów kręconych w latach 60- i 70-tych XX wieku, jak również z akcji odbijania uwięzionego Benito Mussoliniego przez niemieckich spadochroniarzy pod dowództwem Otto Skorzennego w 1943 roku. Od wielu lat jest również areną zmagań kolarskich podczas Giro d’Italia, m.in. słynnego finiszu Marco Pantaniego na ośnieżonym Campo Imperatore w maju 1999 roku podczas etapu z Pescary.

Wybrałem się tam w celu wyłącznie turystycznym, bez żadnych sportowych ambicji, planując objazd mniej wymagającej pętli z Castel del Monte przez Calascio i Santo Stefano di Sessanio, licząc się z tym że kawałek będę musiał jednak przejść pchając rower, ponieważ przy planowaniu nie dało się uniknąć ponad 10 km podjazdu na przełęcz żeby się dostać na płaskowyż. Okazało się że z 10,5 km ponad 5 było na piechotę, bo więcej zwyczajnie nie dałem rady. Na złe mi to nie wyszło, bo miałem więcej czasu na podziwianie widoków, a te zapierały dech w piersiach.

Corno Grande
Corno Grande w chmurach jak dymiący wulkan

Trochę przeszedłem, trochę przejechałem, ostatecznie dotarłem na wielki płaskowyż, gdzie co i rusz wylegiwały się stada krów, a pojedyncze leżące mućki wyglądały jak przypadkowe głazy. Nawierzchnia drogi była w bardzo złym stanie, ale w sumie krowom i pasterzom nie robi to wielkiej różnicy, bo pasterze poruszają się na koniach. Na końcu płaskowyżu znajduje się słynne Ristoro Mucciante, gdzie każdy przemierzający tę krainę musi się zatrzymać na abruzyjskie arrosticini albo pieczoną kiełbaskę. Taki też miałem plan i ja, ale na miejscu okazało się, że wyroby tam kupuje się surowe, a następnie samemu trzeba sobie je opracować na udostępnionych grillach. Będąc tam samemu niezbyt mi się chciało z tym babrać, więc zjadłem tylko kanapkę, popiłem wodą i ruszyłem na ostatni odcinek trasy.

Widok na płaskowyż
Widok na płaskowyż z podjazdu za Ristoro Mucciante

A okazał się on kolejnym podjazdem, który z kolei nie był może długi, ale znacznie bardziej stromy, niż sobie wyobraziłem. Znowu kilkaset metrów musiałem podejść, ale ponownie było to całkiem bez znaczenia. Po tej wspinaczce czekał mnie już tylko zjazd do Castel del Monte gdzie zostawiłem samochód — przy urywającym głowę wietrze, więc siłą rzeczy niezbyt szybki.

Tym co w Gran Sasso w dzień powszedni poza sezonem robi największe wrażenie jest pustka i cisza. Przez kilka godzin (może wyłączając Ristoro Mucciante) spotkałem więcej krów niż ludzi. Z rzadka mijali mnie motocykliści, może z jeden czy dwa kampery, kilka razy jacyś rolnicy w zdezelowanych terenówkach i pickupach. Pustka, cisza, wiatr i widoki.

Widoki zarówno podczas wyprawy do Gran Sasso, jak i kilka dni później na Altopiano delle Rocche były niezwykłe. Widok gór towarzyszy już od pierwszych chwil, gdy się do Abruzji wjeżdża, czy to A14 od strony Ancony, czy A24 od strony Rzymu. Gdybyż tylko było tu trochę więcej płaskich miejsc do rekreacyjnej jazdy na rowerze! No ale może jednak powinienem rozważyć zakup roweru ze wspomaganiem elektrycznym?