Pożegnanie z Hiszpanią

Opublikowano: 06.06.2025

Ostatnia modyfikacja: 08.06.2025

hiszpania

rower

włochy

Po trzech wiosennych miesiącach na Costa Blanca przyszedł wreszcie czas, by zmienić trochę okoliczności. Plan na najbliższy czas jest taki, żeby spędzić jakieś półtora miesiąca we Włoszech (z małym przerywnikiem), na sierpień wrócić do Polski, gdy na południu Europy zrobi się nieznośnie gorąco, a potem w okolicach września ponownie udać się na południe, początkowo na jakiś czas do Włoch by finalnie na zimę ponownie zjechać do Hiszpanii. Ile z tego uda się wprowadzić w życie to zupełnie inna historia, ale wśród ludu jest właśnie taka wola.

Cala Blanca
Cala Blanca, częsty cel moich przejażdżek

Ostrzyłem sobie zęby na jeżdżenie po pięknych trasach Costa Blanca, które tak mocno zachwalał Janek z BikeShow, ale już na pierwszej przejażdżce rzeczywistość okazała się bezlitosna, moja kondycja absolutnie nie pozwala mi na żadne poważniejsze podjazdy powyżej 6%. Być może w ciągu tych 3 miesięcy byłbym w stanie ją poprawić (może nawet znacząco), ale nie mieściło się to zupełnie w moim modelu roweringu — w moim słowniku nie było i nadal nie ma słowa trening. Skutek tego był taki, że musiałem ograniczyć się do mniej wymagających tras, omijających bardziej strome wzniesienia, które jednocześnie zwykle oferują bardziej spektakularne widoki — o ile nie dało się znaleźć łagodniejszego podjazdu. Coś za coś.

Nie przeszkodziło mi to przeżyć jednej z ciekawszych rowerowych przygód — wiosennego bikepackingu przez Majorkę. Te kilka dni wożenia się rowere z bambetlami ale na lekko po odległych okolicach obudziło we mnie ducha cykloturysty i zaczęły się rodzić nowe plany. Jest taka trasa rowerowa biegnąca wzgłuż wybrzeża Adriatyku od Triestu aż do południowego krańca Apulii, którą kiedyś wymarzyłem sobie przejechać, ale po urealnieniu moich możliwości spróbuję ją przejechać na raty. Bez pośpiechu i bez ciśnienia, najpierw kilkudniowy odcinego niedaleko domu, czyli fragment Ciclovia Adriatica z Ancony do Pescary.

Montgo od drugiej strony
Montgo z drogi do Jesus Pobre

Jak nie jest trudno wywnioskować choćby z zamieszczonych we wpisach w tym blogu zdjęć, kolejnym z moich odkryć życiowej wagi jest morze. Jest to odkrycie tym ważniejsze, że intuicja od dawna podpowiadała mi, że w jakiś sposób obcowanie z morzem wywiera na mnie zbawienny wpływ i że powinienem starać się mieć więcej z nim kontaktu. I znów, podobnie jak z rowerem, życie przeprowadziło operację urealnienia.

Gdy kilka lat temu zacząłem kręcić się w okolicy Morza Śródziemnego (Grecja, różne regiony Włoch. Hiszpania), to moją wizją było mieszkanie w odległości spaceru od miejsca, gdzie można się w morzu wykąpać, nazwijmy je umownie plażą. Wystarczyło jednakowoż pomieszkać w takich okolicach przez kilka tygodni, by zrozumieć jaka jest zwykle natura takich miejsc. W nadmorskich kurortach cała aktywność jest związana z turystami, a gdy nie ma turystów to życie w nich zamiera. W Grecji mówi się że zima to pora samobójców. Dla zdrowia psychicznego i dla zmniejszenia obciążenia finansów postanowiłem poszukać sobie czegoś, co nada się również do zamieszkiwania zimą, to jest położone wśród ludzi, nieco dalej od morza, wciąż w zasięgu spaceru, ale rowerem. Do tego idealnie by było, gdyby to nie był expat hub jak Javea, gdzie właściwie nie trzeba w ogóle znać hiszpańskiego. Takie środowisko kojarzy mi się z gettem i chciałbym tego uniknąć, chociaż wiele osób uważa taką okoliczność za zaletę. Dla mnie ważniejsze jest by żyjąc między ludźmi coś od nich dostać i coś im dać z siebie, a do tego trzeba rozumieć co mówią oraz mówić do nich tak, żeby rozumieli, trzeba posługiwać się tym samym językiem co oni. Dlategu uczę się i włoskiego, i hiszpańskiego.

Przed wyjazdem na Costa Blanca nie raz zetknąłem się z opinią, że jest to bardzo widokowe miejsce. Rzeczywiście, widoki morza bywają tu niewypowiedziane, jednak od razu zrozumiałem że to nie jest ten rodzaj kontaktu, który mnie interesuje i to nie wzrok jest tym zmysłem, którym najbardziej potrzebuję czuć bliskość morza. Od patrzenia na morze dużo ważniejsze wydaje mi się czucie jego zapachu, wdychanie słonej wilgoci i czucie na twarzy osiadającej bryzy.

Plaża w Olivie
Najładniejsza plaża w okolicy jest w Olivie

Teraz czas się spakować. Zanim rower w stanie rozłożonym na części trafi do bagażnika to jeszcze objadę moje dwie ulubione trasy, na Cala Blanca i na plażę do Olivy. Potem spakuję resztę bambetli i pojadę do Barcelony na prom, który po 22 godzinach dowiezie mnnie do Civitavecchia na północ od Rzymu. Stamtąd następnego dnia już tylko 250 km do Abruzji. To co tam na mnie czeka to zupełnie inna historia.

Oczywiście jest tam też morze. I chociaż nie wiem czy od razu uda mi się pojechać tam rowerem, to na pewno jest również taki plan, życiu pozostawiam jego urealnienie.