Hiszpania czy Włochy?

Opublikowano: 06.04.2025

Ostatnia modyfikacja: 13.04.2025

abruzja

costablanca

hiszpania

włochy

Trochę hobbistycznie, trochę zawodowo, a trochę towarzysko z ostatnich kilku miesięcy sporo czasu spędziłem w jednym z tych dwóch śródziemnomorskich krajów. Załatwiałem podobne sprawy, korzystałem z podobnych usług publicznych i — pomimo oczywistych różnic geograficznych — bywałem w podobnych miejscach. Pomimo wyraźnie zauważalnych różnic, które są łatwe do oceny i wartościowania, nie umiem odpowiedzieć na pytanie który z tych krajów wolę jako miejsce do życia. I nie wydaje mi się, żeby z czasem było mi łatwiej udzielić takiej odpowiedzi.

Montgo z Cap de Sant Antoni
Nasza góra Montgo, zwana Mongołem - widok z przylądka Św. Antoniego

Pierwsza rzecz w każdym miejscu, to się do niego dostać, więc na początek transport publiczny z daleka i infrastruktura drogowa. Tym razem do Hiszpanii przypłynęliśmy promem, ale od strony połączeń lotniczych nieco lepiej wypada Costa Blanca, bo leży dokładnie pomiędzy dwoma popularnymi lotniskami, Alicante na południu i Walencją na północy. Do Abruzji teoretycznie można się dostać lądując w Pescarze, ale w praktyce lata tam tylko Ryanair z jakichś zadupi (no dobrze, są loty z Krakowa…), więc pozostaje Rzym i jego dwa lotniska. Na Fiumicino jest chyba 4 czy 5 lotów dziennie, do tego chyba są na Ciampino. Potem trzeba trochę przejechać samochodem, więc dotykamy infrastruktury drogowej. Drogi szybkiego ruchu w Hiszpanii są lepsze niż we Włoszech (i w dużej mierze bezpłatne!), natomiast drogi lokalne wypadają tak samo. Biorąc pod uwagę ile się tego używa, to dałbym tu remis, ale jednak Hiszpania wygrywa znacząco tym JAK się jeździ na co dzień. Kierowcy są tu o wiele bardziej spokojni, przewidywalni i bardziej też cierpliwi, przez co jeździ się tu o wiele przyjemniej. Na wąskich górskich drogach ludzie jeżdżą wolniej, nie ścinają zakrętów i raczej nie łamią przepisów, co niejednokrotnie Włochów przerasta. Szczególnie stresujące takie nonszalanckie zachowanie na drodze jest w sytuacji wyraźnej asymetrii bezpieczeństwa, np wtedy gdy jadę rowerem. Natomiast absolutnie niczego złego nie mogę powiedzieć na temat zachowania kierowców wobec rowerzystów, jest ono co najmniej poprawne i w Hiszpanii i we Włoszech.

Jak już jesteśmy przy rowerze, to tutaj też trudno wybrać gdzie jest gorzej. Zarówno w Abruzji jak i na Costa Blanca są góry, więc dużo podjazdów, wymagających sporo większej kondycji niż to, z czym tu przyjechałem po zimowym zastoju. Tras nieco bardziej płaskich jest stosunkowo niewiele i są one dość nudne (ile można się kręcić w tych samych miejscach…), no ale przecież kondycja rzecz nabyta, a przynajmniej do nabycia, więc nie poczytuję tego za duży problem. Pocieszające jest to, że i tu i tam dojeżdża się w miejsca gdzie są piękne widoki (morze, góry, doliny, przyroda, zabytki) no i ostatecznie można nacieszyć oczy po większym wysiłku. Co by nie mówić, to taka nagroda osładza przelany pot, ale mimo wszystko to minimum pary w kopytach trzeba mieć. Gdzie jest to minimum to rowerowi celebryci nie mówią głośno, ale można sobie wyobrazić, że jeżeli na trenażerze podjeżdżasz pod wzniesienie 12%, to IRL twoje maksimum pary będzie w okolicy 9%, a komfort kończy się przy około 5%. W Abruzji gór jest nawet więcej.

W porcie w Javea
Wieczorem w porcie w Javea

Następna rzecz to jedzenie. Ceny w zwykłych sklepach we Włoszech są wyższe, ale idzie też za tych wyższa jakość artykułów spożywczych — przynajmniej tak tłumaczą to Włosi. Droższa jest oliwa, warzywa, sery i przetwory mleczne, mięso kosztuje podobnie, tak samo jajka i przetwory zbożowe. Oliwa to akurat jest bardzo ciekawy temat. W Hiszpanii oliwa zarówno tania jak i ta droższa jest wyłącznie hiszpańska, we Włoszech ta najtańsza z supermarketu jest mieszanką oliw z krajów UE, za to oliwa rdzennie włoska kosztuje naprawdę dużo. Dla porównania oliwa zwykła virgen extra w Hiszpanii kosztuje €7 za 0,75 litra (tutaj Aldi niszczy konkurencję całym litrem za €5,85, nikt nim nawet nie próbuje podskoczyć), we Włoszech za extra vergine zapłacimy €7,50 za 0,5 litra (i będzie to odpowiednik naszej oliwy extra virgin z biedraka/kaufa/lidla za ok. 35 zł za 0,7 l, będącej mieszanką oliw z oliwek pochądzących z krajów UE). Natomiast wyraźnie droższe jest w Hiszpanii wino, może nie nominalnie, bo da się tu również kupić tanie wino za półtora euro, ale w odróżnieniu od Włoch jest ono obrzydliwe — €6 za butelkę to we Włoszech sporo, a w Hiszpanii absolutne minimum poniżej którego istnieje duże ryzyko, że produkt nie nada się do spożycia. Absolutnym hitem we Włoszech jest vino cartonato, które w większości przypadków jest tanie i znośne, natomiast w Hiszpanii jest jeszcze tańsze, za to praktycznie nie nadaje się do picia (chyba używa się go do robienia sangrii, albo czegoś podobnego). Co interesujące, w gastronomii jest na odwrót, wino w hiszpańskiej restauracji na kieliszki kosztuje znacznie mniej niż we Włoszech (poza winem domowym). W ostatnich czasach moje spożycie alkoholu jest na tyle niewielkie, że cena wina nie ma już takiego znaczenia jak kiedyś, więc to raczej ciekawostka, niż czynnik wpływający na rzeczywistą ocenę.

Inna ciekawostka jest taka, że w Hiszpanii w sklepie wybór jest podobny jak w Polsce — oryginalna feta lub ser sałatkowy w stylu greckim, jogurt rzeczywiście grecki lub typu greckiego i tak dalej. We włoskim Lidlu jogurt jest z Grecji, a ser sałatkowy to grecka feta z mleka owczego i koziego. Pod wieloma względami (to jeden z nich) Hiszpanie wydają mi się normalniejsi, choć oczywiście włoskie podejście ma pewną zaletę — zwalnia z procesu decyzyjnego.

Przeciętne domowe zakupy (bez zbytków typu alkohol i rzeczy trwałych jak ubrania czy buty) na 2 dorosłe osoby kosztują nas około €120 tygodniowo i jest to kwota bardzo zbliżona do tego, co wydawaliśmy we Włoszech. W Polsce mieszkamy oddzielnie więc nie mam szansy porównać naszych wydatków, ja sam wydaję około 300 zł tygodniowo, co mnożąc razy 2 dałoby kwotę €140. Jest to więcej, ale zarówno w Hiszpanii jak i we Włoszech gotujemy sobie znacznie mniej fikuśnie z powodu ubogiego wyposażenia kuchni, m. in. z powodu braku piekarnika.

Bardzo trudno za to jest mi porównywać ceny w gastronomii, ponieważ zupełnie inaczej się stołowaliśmy na zewnątrz we Włoszech, a inaczej to robimy w Hiszpanii. Mam wrażenie, że akurat w naszym przypadku Hiszpania wypada lepiej (co bynajmniej nie znaczy że taniej), bo bardziej nam pasuje model kilku mniejszych dań / tapas, niż włoskie antipasto + primo (+ secondo) + dolce. Dodatkowo w Hiszpanii podoba mi się mniejszy zakres ą ę niż we Włoszech, np rzadko oczekuje się od gości wcześniejszych rezerwacji — poza rzeczywiście bardziej wystawnymi restauracjami. Mniej nabożności, więcej luzu, co do smaku… Nie narzekam, choć aż tak dobrze jak we Włoszech nie jest. Łatwiej jest za to zjeść tyle, ile się potrzebuje zamawiając mniej lub więcej tapas. Sardynki z rusztu to podobny motyw przewodni w Hiszpanii, jak pizza z gorgonzolą i truflami w Abruzji. Ostatecznie i tak gdy wychodzimy wieczorem na kolację w 4 osoby to €100 pójdzie, czy to we Włoszech, czy w Polsce, czy w Hiszpanii.

Uprzedzając pytanie, które zawsze pada gdy Polacy rozmawiają o cenach za granicą: benzyna w Hiszpanii jest nieco droższa niż w Polsce i w Austrii (gdzie kosztuje niemal tyle samo lub nawet marginalnie mniej), a wyraźnie tańsza niż we Włoszech. Czy to ma znaczenie? Dla nas akurat niezbyt wielkie, bo nie jeździmy dużo.

Na koniec jakość usług publicznych, która dla mnie osobiście była szokiem, gdy niemalże wprost z Włoch przyjechałem do Hiszpanii i napiłem się wody z kranu. We Włoszech nikt poza turystami nie kupuje wody w butelkach, ponieważ doskonałej jakości wodę pitną każdy ma w kranie, a do tego co kilka kroków jest fontanella, z której można się bez obaw napić wody. To co leci z kranu w Hiszpanii to jest okropny zajzajer, który nie nadaje się do picia bez przegotowania, a i to najlepiej byłoby używać do celów innych niż spożywcze. Dzbanki filtrujące w bardzo wielu miejscowościach w Polsce są już nieprzydatne, tak jak praktycznie wszędzie we Włoszech, natomiast w Hiszpanii nie jestem pewien, czy byłyby wystarczające by poprawić jakość wody na tyle, by nadawała się do picia bez przegotowania. Szybko musiałem się przestawić na kupowanie wody do picia i to uważam za słabe. Podczas wycieczek rowerowych także nie mogę liczyć na lokalne zaopatrzenie, bo ilość źródełek z wodą pitną jest żałosna, co z kolei pociąga za sobą konieczność wożenia cysterny wody, bo w niedzielę jedynym miejscem gdzie można się czegoś napić są bary (zasadniczo sklepy w niedzielę są pozamykane).

Konkluzja?

Nie ma żadnej konkluzji. Nie ma miejsc idealnych. Na Costa Blanca w zimie pogoda jest lepsza niż w Abruzji (gdzie jest zwyczajnie zimno), za to widoki są mniej spektakularne, jedne rzeczy są lepsze, inne gorsze. Życie ma swoje dobre i złe strony wszędzie gdzie nas los zaniesie. Ludzie są różni i czasem ich zachowanie jest nie do zniesienia, pogoda nawet gdy ciepła to potrafi dać w kość, a jedzenie, także to najsmaczniejsze, z czasem się przeje.