El Cheapo
Opublikowano: 08.02.2024
Ostatnia modyfikacja: 15.02.2024
Przez internety przetacza się lawina opowieści z mchu i paproci, jakoby to influencerzy rowerowi wcale a wcale to nie byli na smyczy sponsorów, ktorzy każą im pompować sprzedaż drogich rowerów, bo na każdym rowerze można mieć przyjemność z jazdy (że jakoby również na tanim). A tu, o, mi tramwaj jedzie. Nie oszukujmy się, nie powiedzieliby niczego, co mogłoby choć trochę zdenerwować tych, którzy im płacą.

Influencerzy mówią to, co chcą usłyszeć ich widzowie (obecni oraz przyszli), ale tylko to, na co im pozwala sponsor. To w odróżnieniu o zwykłych blogerów, którzy bez zastanowienia plotą co im ślina na język przyniesie, nie przejmując się niczym i nikim. W kontekście tego, o czym teraz piszę, ci drudzy w ogóle mnie nie interesują, a spośród nich ci, którzy opowiadają o drogich rowerach interesują mnie mniej niż zero, więc pomijam ten cały kontekst.
Powraca jak bumerang
Dotykałem tematu już wcześniej w kontekście obsługi eksploatacyjnej i stanu rowerów oraz części używanych, pewne wątki pojawiły się również w poście podsumowującym rok 2023. Teraz pan kolega MikroPrzygody na jurube najpierw sobie pogadał o tym, a na koniec wszystko odwołał.
Nie wyrażę za grosz zrozumienia dla jego nieszczęsnej sytuacji, natomiast w pewnym stopniu moje odczucia w temacie co konieczne a co opcjonalne są zbliżone. Nawet powiedziałbym, że w znacznym.
Do mania frajdy z jazdy rowerem konieczny jest rower. Rower jak to rower, żeby jeździć to musi mieć siodło, ramę, koła, kierownicę do skręcania, hamulce do hamowania i jakiś napęd — obecnie zazwyczaj pośredni, tj. przenoszony z korby do koła za pomocą jakiegoś medium i to jest właściwie wszystko. PoRD do tej listy dopisuje jeszcze kilka rzeczy które są wymagane w ruchu drogowym, jak nieprzeraźliwy sygnał dźwiękowy i oświetlenie, a zdrowy rozsądek może podpowiedzieć montaż błotników, bagażnika, uchwytu do telefonu czy komputera, koszyków na bidony czy sprzętu do wożenia rowerowego EDC. W warunkach europejskiego kraju aspirującego do cywilizacji zachodniej to czego wymaga PoRD jak najbardziej należy mieć, reszta jest dla mania frajdy z jazdy rowerem całkowicie opcjonalna, wraz z nie kończącą się listą lepszych / bardziej nowoczesnych rozwiązań technicznych.
Smoke and mirrors
Dopóki nie zostanie to odgórnie narzucone, to producenci rowerów i wyposażenia nie będą dążyć do uproszczenia obsługi i serwisu. Nie dlatego, że w swej złośliwości chcą użytkowników puścić z torbami, bo to zarżnęłoby znoszącą złote jajka kurę, co najwyżej koszt eksploatacji nie jest dla nich kwestią kluczową przy projektowaniu urządzenia. Nie bardziej niż estetyka (bling!), która ma wizualnie wyróżnić rower wśród produktów konkurencji, ani też długa lista kosmicznych technologii rzekomo zastosowanych, by szczęśliwemu nabywcy dostarczyć cacko, które go uczyni szczęśliwym.
Z tymi kosmicznymi technologiami to oczywiście nieśmieszny żart — wiodącemu producentowi osprzętu rowerowego zajęło 25 lat zaimplementowanie elektronicznej kontroli przełożeń, od 1984 roku gdy wprowadzono indeksowanie przełożeń, aż do 2009, gdy na rynku pojawiła się pierwsza elektronicznie sterowana przerzutka. Dla ustalenia uwagi proszę sobie porównać na tej samej osi czasu rozwój układów kontrolujących pracę silników spalinowych, np. systemu BOSH Jetronic. Przypominam, że nowoczesne przerzutki obsługują po 9-12 stanów, mniej lub więcej sekwencyjnie — oprogramowanie sterujące tak prostym urządzeniem zmieściłoby się na jednym z najmniejszych 8-bitowych mikrokontrolerów np z rodziny ATtiny (dostępne na rynku od 1999 roku). Zła wola? Niechęć do zmian? A może oszczędność kosztem rozwoju? W efekcie po 40 latach szalonego tempa rozwoju technologii rowerowej większość z nas jeździ na rowerach wyposażonych w mechaniczne kopie pierwszych indeksujących przełączników i takich przerzutek, co najwyżej trochę dokładniej wykonanych i obsługujących o kilka przełożeń więcej niż pierwotne 6-7. Po 40 latach spodziewałbym się pełnego elektronicznego sterowania zarówno mechaniką przekładni jak i hydrauliką hamulców, pomiaru mocy w każdym poza najprostszym modelu korby i zaawansowanej diagnostyki stanu poszczególnych elementów: klocków, tarcz, poziomu płynu hamulcowego, zużycia zębatek, rozciągnięcia łańcucha, poziomu naładowania wszystkich baterii.
Nie można powiedzieć, że panuje totalna stagnacja technologiczna, ale również postępem tego nazwać się nie da. Przez lata powszechnie pod strzechy z innowacji rowerowych trafiły jedynie kolejne ulepszenia Shimano ich własnego systemu przekładniowego (i zostały zaadaptowane przez innych producentów), hamulce szczękowe typu V-brake, szybkozamykacze osi kół QR i… to już wszystko. Hydraulika hamulców nadal jest kłopotliwa w eksploatacji i droga w serwisowaniu, ramy i koła z nowoczesnych materiałów nadal są drogie z powodu wymagań technologicznych procesu produkcyjnego włókien węglowych (te same 40 lat temu szczytem technologii były wędki z włókna węglowego, włókno szklane było materiałem biedoty), elektronika nie wiadomo czemu kosztuje niebotyczne pieniądze, chociaż jak już wskazałem wcześniej zasadniczo nic niezwykłego nie robi. Wszystko to można mieć w rowerze, ale za sowitą dopłatą, w niektórych modelach, na zamówienie, itp — w wersji podstawowej będzie aluminiowa rama, mechaniczne hamulce, mechaniczna przekładnia działająca dokładnie tak samo, jak jej przodek sprzed 40 lat.
Chodź przejedziemy się nad rzekę
Mając już rozjaśnione na czym polega ten cyrk i kto w nim jest małpą na sznurku możemy sobie zadać pytanie, czy te wszystkie dodatkowo płatne ekstrasy są nam w ogóle potrzebne? Lub od drugiej strony podchodząc do problemu skompletować listę tego co jest nam niezbędne, a co opcjonalne.
Nie mając szczególnych wymagań ponad turystykę i rekreację, na liście tego co koniecznie musi rower mieć z drogich rzeczy pozostaną tylko opony i siodło (bo ani dobre opony ani dobre siodło nie są tanie). Kompromisy jakie pociągną za sobą hamulce mechaniczne, szybkozamykacze, 8- czy 9-rzędowa przerzutka z tyłu zamiast 11 są marginalne — nie odczujemy ich zanadto. Rzeczy te są sztucznie przewartościowane, nie wnosząc do życia przeciętnego nawijacza kilometrów niczego szczególnego poza świadomością, że w rowerze ma się coś nowoczesnego, co właściwie nie wiadomo co daje i jakie ma zalety, poza byciem nowszym od tego co stare.

Istnieją zastosowania roweru, które wymuszają pewne rozwiązania techniczne — różne formy wyścigów będą premiować zmniejszony opór powietrza, niższą masę, wyższą sztywność konstrukcji, lepsze pochłanianie drgań czy precyzyjny dobór przełożenia do warunków na trasie. Żadna z tych rzeczy nie będzie za to miała wielkiego znaczenia w przypadku użytkowania rekreacyjnego typu wycieczka nad rzekę czy niedzielna przejażdżka na kawę i lody. Ma być wygodnie, przyjemnie, bez ciśnięcia (bo nikt nie lubi być spocony jak ruda mysz) i dopóki nie trzeba jechać na Gassy, to właściwie wystarczy tylko to, co rowerowi konieczne do jazdy oraz wymagane przez PoRD.
O, właśnie, Gassy. To chyba stąd się wziął główny problem, który wymagał pochylenia się nad nim przez taką rzeszę osób. Chyba wezmę Trabanta i się przejadę do Góry Kalwarii, żeby zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi.