Tanie rowery to szmelc
Opublikowano: 28.11.2023
Ostatnia modyfikacja: 22.02.2024
Tanie rowery to szmelc i wszyscy doskonale o tym wiedzą. Da się na nich jako-tako pojeździć jeden sezon, może dwa jeżeli tylko na wycieczki latem w niedziele, bo potem zaczynają się psuć na potęgę i ostatecznie po kilku latach ledwo można je opchnąć za jakieś grosze na OLX / Fejsbuku. Minimalna cena za jaką obecnie można nabyć sensowny rower to jest 5500-6000 złotych i nijak nie chce wyjść inaczej. Taki rower posłuży z 5 lat, zanim zepsuje się tak, że koszt naprawy przekroczy jego wartość.

Taki pogląd jest wciąż żywy, a w internetach co chwilę pojawiają się podobne opinie, często wzbogacone przykładami rowerów, do których nikt się nie musi dotykać przez lata. Nie mnie osądzać ile w tych opowieściach prawdy, chociaż z moich własnych doświadczeń wiem, że może tej prawdy tam być całkiem sporo, bo mam taki 20-letni rower, z którym rzeczywiście nie trzeba wiele robić:
- wymiana linek i pancerzy
- wymiana ogumienia
- wymiana klocków hamulcowych
Nie ma na tej liście napędu, ponieważ został on pozostawiony do umarcia już wiele lat temu. Jest on bardzo archaiczny i zupełnie nieopłacalny do utrzymywania w oryginalnym stanie, a wymiana poszczególnych komponentów nie wchodzi w grę z prostego powodu zakończenia ich produkcji kilkanaście lat temu. Możliwości napędu z oryginalnego 3×6 już dawno zostały ograniczone do 6+5 i w takim ograniczonym zakresie napęd jako-tako działa. Do roli commuter bike w zupełności to wystarcza, ale też umówmy się, że wymagania wobec roweru tego rodzaju są minimalne, nie zawsze nawet jest w nim potrzebny układ jakiejkolwiek przerzutki. Musi być korba, przeniesienie napędu, koła, siodło, kierownica oraz akcesoria typu oświetlenie i dzwonek, a reszta to wisienka na czubku tortu.
Inną odmianą tej mantry jest opowieść ile to dobry rower musi kosztować, jak również jakiej to marki on musi być. Tu się pojawiają zarówno opinie że za 3 tysiące to jest gówno a nie szosa, jak i że dobry rower to jest Trek, Giant czy Specialized, a Krossy i Romety to się kupuje na komunię. Obie wersje mają tyle samo sensu, bo pomijają większość kontekstu użytkowania roweru. Dobry rower to jest ten, który spełnia funkcję, do jakiej został nabyty przez właściciela i dalej można sobie jedynie dyskutować o tym, który z nich ma coś lepszego, a który coś gorszego i jak bardzo to w konkretnym przypadku jest ważne.
Na drugim biegunie mamy rowery przyjemnościowe: szosowe, szutrówki, MTB, fitnessy. Wymaga się od nich różnych rzeczy, ale jedno je łączy — jazda ma być przyjemnością, a do tego konieczne jest by rower był w pełni sprawny. Oznacza to, że muszą być dostępne wszystkie przełożenia przerzutek, hamulce muszą sprawnie rower z jeźdźcem zatrzymać, ewentualny bagaż ma być pewnie zamocowany i absolutnie nie można dawać podstaw do zatrzymania przez policję z powodu wątpliwego stanu technicznego. Jeżeli rower dodatkowo ma przejeżdżać jednorazowo kilkadziesiąt kilometrów, to także trzeba sobie zapewnić niezawodność umożliwiającą powrót na kołach do domu i w tej sytuacji wymagania serwisowe stają się już wyraźnie wyższe.
Oznacza to, że nad rowerem trzeba się pochylić znacząco częściej, niż nawet dokładny przegląd przed sezonem w warsztacie rowerowym nieopodal. Napęd wymaga utrzymywania go w stanie czystym i nasmarowanym, linki muszą się bez przeszkód przesuwać w pancerzach, a hamulce mają zapewniać dostateczną siłę hamowania. Nieprawidłowości takie jak zacierające się linki, nie wskakujące przełożenia czy ocieranie klocków o tarcze muszą być usuwane na bieżąco, żeby w chwili gdy przyjdzie ochota na przejażdżkę, nie obudzić się z ręką w nocniku oraz z niesprawnym rowerem.
Ludzie, to wy tak żyjecie?!
I tu dochodzimy do sedna moich dzisiejszych przemyśleń. Ostatnio kupiłem sporo używanych części rowerowych na potrzeby różnych modyfikacji Trabanta, m. in. w absolutnie okazyjnej cenie nabyłem kompletną korbę Shimano Claris R2000. Sprzedawca zarzekał się, że jej stan jest co najmniej dobry i że bez problemu przyjmie nowy łańcuch, ale prawda okazała się daleka od deklaracji. Zębatka 34T była praktycznie nietknięta, ale 50T to był obraz nędzy i rozpaczy. Ze stanu uzębienia domyśliłem się, jak ten rower był eksploatowany — po zakupie łańcuch nie został wyczyszczony ze smaru ochronnego, potem nałożono dodatkowo jakiś wosk/smar mokry, może nawet napęd został przedtem jako-tako oczyszczony, ale to było raz. Potem napęd nie czyszczony i nie serwisowany jeździł przez 2-3 sezony zacinając się czasami, co powodowało nerwowe wachlowanie klamkami niezależnie od mocy kładzionej w napęd, co tylko pogarszało sytuację. W końcu łańcuch zaczął przeskakiwać na kasecie, aż wreszcie również spadać z dużego blatu korby przy nagłym zmniejszeniu kadencji i wtedy kosztorys naprawy przekroczył 300 zł w samych częściach (łańcuch, kaseta i blat korby). Nie doszłoby do tego, gdyby wykazać trochę dbałości o napęd i przynajmniej wymienić łańcuch po osiągnięciu wyciągnięcia 1% (już nie upieram się na podręcznikowe 0,75%, przy 8-rzędowym łańcuchu to nie jest wielka różnica). Koszt 8-rzędowego łańcucha to 60 zł i nawet przy nieumiejętnej jeździe raczej wymienia się go rzadziej niż raz na sezon, a łańcuch o który się dba potrafi wytrzymać kilka tysięcy kilometrów. Tani rower (bo Claris to najbardziej podstawowa grupa szosowa Shimano, występująca w tanich rowerach dla początkujących) okazał się tani i się zepsuł sam, chociaż nic z nim się złego nie działo. Korba, gdy trafiła wreszcie w moje ręce, została oczyszczona z pokładów smaru i drogowego syfu, wymieniłem duży blat, natarłem smarem do łożysk i gotowe, będzie dalej śmigać. Przed nią długa, spokojna eksploatacja w zadbanym tanim rowerze.
Czy doszłoby do tego z drogim rowerem, może nawet aluminiowym, ale kupionym za 2-3x większe pieniądze, z wyższym o kilka klas osprzętem i pod marką która kosztuje sama w sobie? Może tak, może nie, trudno zgadywać. Wiele osób ma tak, że o drogie rzeczy z początku dba bardziej, a porzuca je dopiero wtedy, gdy przestają być nowe, więc u kogoś takiego droższy rower miałby szansę na pierwszy sezon jak w puchu, drugi jeszcze z sensowną opieką serwisową i dopiero od trzeciego zaczęłaby się jego degrengolada. Może był to prezent, a może ktoś kupił żeby sprawdzić czy mu się to podoba. Myślę że niesprawiedliwie ocenia się wszystkie tanie rowery jako szmelc, tylko do pierwszej awarii — być może nie wytrzymają 20 lat bez wymiany paru podstawowych elementów, ale odpowiednio traktowane nie rozpadną się po 3 latach i nie pokryją kurzem w kącie szopy. I nie jestem odosobniony w opinii, że obecne tanie rowery niosą niespotykanie wysoką wartość za tylko niewiele większe, ale wciąż umiarkowane pieniądze, podczas gdy drogie rowery robią się coraz droższe bez zauważalnej dodanej wartości.
Dbajcie o swoje rowery chociaż trochę, to są przecież urządzenia rozrywkowe. A nie potrzeba wiele, by zapewniały rozrywkę przez długi czas.