Randonneur

Opublikowano: 16.02.2024

Ostatnia modyfikacja: 16.02.2024

rower

Nie wiem co mnie podkusiło, ale zapisałem się na moją pierwszą imprezę rowerzystowską200 km brevet po okolicach Mińska Mazowieckiego, zahaczając aż o województwo lubelskie. W wackypedii hasło na randonneuring jest tylko w językach obcych, ale w skrócie chodzi o to żeby przejechać dystans 200 km lub więcej w określonym przez organizatorów czasie i tempie, po drodze zbierając potwierdzenia z punktów kontrolnych. Są jakieś honory w tej dyscyplinie, ale właściwie już po pierwszym ukończonym 200 km brevecie ma się ten dożywotni tytuł randonneur i jak dla mnie to wystarczy.

Trabant na Mokrym Ługu

Od jazdy na rowerze zapewne nie umrę, a odległość od domu nie jest na tyle wielka, bym w rowie na pomoc musiał czekać pół dnia, ale i tak te 200 kilometrów to jest aż o 100 km więcej, niż do tej pory pozwoliłem sobie przejechać w jednej sesji. Co prawda po mojej pierwszej i jedynej setce nie byłem jakoś potężnie zmęczony i wtedy myślałem że spokojnie mógłbym kręcić jeszcze ze 2-3 godziny, ale jednak świadomość że od startu do wyznaczonego końca jest 2x tyle zupełnie inaczej działa na psychikę. I cokolwiek onieśmiela.

Uczestnik

Pierwszy start traktuję w kategorii rozpoznania, sam chcę się przekonać, czy randonneuring jest dla mnie i czy sprawia mi oczekiwaną frajdę. W odróżnieniu od typowych szosowych ustawek lub rajdów, pociąga mnie idea pokonania trasy w niezbyt szybkim tempie, z możliwością rozglądania się po okolicy. To jest właśnie ten sposób życia, jakiemu hołduję, bez pośpiechu, przyglądając się każdej mijającej chwili.

Żeby nie było zmoki, to już zaraz zaczynam przygotowania! Na początek muszę ogarnąć to zapalenie stawu prawej stopy, które mnie nawiedza co kilka tygodni i utrudnia poruszanie się. W pierwszej połowie marca powinienem trzasnąć setkę, w drugiej połowie dwieście, a w pierwszej połowie ponownie setkę — to tak w ramach przyzwyczajania się do dłuższych dystansów. Poza tym wypadałoby zagęścić ruchy na przedwiośniu, bo ta pierwsza połowa marca zaczyna się już za 2 tygodnie…

Stronę sprzętową ogarnę przy użyciu Trabanta i jednej czy dwóch torebek na ramę, w końcu to tylko jeden cały dzień jazdy. Zestaw rzeczy awaryjnych oprócz tego co zabieram na zwyczajowe dłuższe przejażdżki będzie zawierał tylko powerbank i dodatkową dętkę TPU (poza jedną zwykłą dętką butylową i zestawem łatek z którymi i tak jeżdżę na co dzień). Limit czasu na pokonanie trasy to 13,5 godziny, akumulator w Garminie podobno wytrzymuje 16 godzin, ale że nie testowałem go jeszcze na tak długiej trasie, to wezmę powerbank żeby w razie czego go podładować — i to właściwie wszystko. Do tego woda, a po drodze paczka lub dwie kabanosów w jakimś sklepiku. Telefon, przewód do ładowania, zapasowa lampka tylna i pieniądze. Życie na low-carb po adaptacji ma ten wielki plus, że nie trzeba się objuczać nie wiadomo jakimi ilościami jedzenia, bo jadąc na kardio właściwie cały czas korzysta się ze zgromadzonych zapasów tłuszczu. Te wspomniane wcześniej kabanosy są tylko po to, by nie burczało w brzuchu od przelewającej się pustki — jeżeli tylko jest woda, to siła też będzie, byle tylko organizm nadążał przerabiać tłuszcz na glukozę.

To jak, widzimy się na trasie?