2023, roweringowe podsumowanie
Opublikowano: 27.12.2023
Ostatnia modyfikacja: 20.02.2024
Pod wieloma względami rok 2023 był dla mnie rokiem zmian, a jedną z nich był rowering. Co prawda pierwszy rower (Dżajanta) kupiłem już wiosną 2022, ale służył mi on tylko do drobnych przejażdżek wokół komina, natomiast regularny rowering zaczął się na dobre od zakupu Boreyszy w lipcu 2023. I to na te pół roku spojrzę krytycznym okiem.

Motywacja
Do zakupu roweru wycieczkowego skłoniła mnie znaczna zmiana mojego stylu życia, którą wprowadziłem wiosną roku 2023 — w związku z większą niż przypuszczałem nadwagą przeszedłem na niskowęglowodanowy styl żywienia aby ułatwić sobie chudnięcie. Jak się okazało, spadająca waga przyniosła również znaczną lekkość w poruszaniu się, a to zaczęło mnie pchać do coraz dłuższych przejażdżek. Jako narzędzie do palenia kalorii Dżajant sprawdzał się doskonale dzięki sporej wadze i znacznemu oporowi powietrza, ale jednak brakowało mi przyjemności z docierania coraz dalej — dystanse do 40 km były całkiem do zniesienia, a potem zaczynał jednak boleć tyłek. Przezwyciężając początkowy sceptycyzm wobec szutrówek zdecydowałem się kupić jeden z tańszych wszystkomających modeli, jakkolwiek wciąż drogi wg mojej skali drożyzny. Chciałem jeździć daleko i zaznawać wolności.
Jak większość moich kosztownych pomysłów tak i ten opierał się w dużej mierze na liczeniu na łut szczęścia, a to mnie niestety tym razem zawiodło.
Ignorance is bliss
Nie mając wielkiego pojęcia na temat geometrii rowerów, po przymierzeniu się do rozmiaru L (56 cm) stwierdziłem, że większy będzie lepszy. Przez ponad tydzień poszukiwań w sklepach Warszawy i okolic nie udało mi się trafić na dostępny od ręki egzemplarz w rozmiarze XL (58 cm) — tłumaczenia sklepów że nie mają bo przymierzają i nie kupują to w ogóle oddzielna historia. Przez ten tydzień przymierzałem inne modele rowerów w zbliżonych rozmiarach i każdy z nich mi pasował, więc niemal w ciemno zamówiłem przez internet rower w rozmiarze XL. Miał być wszystkomający — i taki był. Napęd szutrowy 2×10 ze sprzęgłem, hamulce hydrauliczne, kierownica z flarą, klamkomanetki Shimano o niezrównanej ergonomii, wszystko to wydało mi się konieczne do tego, by ciesząc się każdym przejechanym kilometrem wyruszyć na całodniowe wyprawy w nieznane (no, z grubsza).
I tu się ujawnił mój błąd, którego potwierdzenie później znalazłem na stronie, gdzie wylicza się różne matematyczne współczynniki z wymiarów ram rowerów. O ile do rozmiaru L rowery tego modelu mają geometrię komfortową, dającą bardziej wyprostowaną sylwetkę, tak w rozmiarze XL staje się ona sportowa, a to oznacza bardziej pochyloną sylwetkę, a w efekcie większe obciążenie górnej części ciała podczas jazdy i ogólnie stawia ona większe wymagania względem przygotowania kondycyjnego jeźdźca.
Którego, jak nie muszę chyba nadmieniać, po latach siedzącego trybu życia zwyczajnie nie miałem.

Po kilku miesiącach jeżdżenia udało mi się poprawić kondycję na tyle, by nie dokuczał mi ból podczas jazdy, w celu poprawienia pozycji na rowerze założyłem nieco krótszy mostek i zamontowałem go odwrotnie (z dodatnim uniesieniem). Wszystko to razem doprowadziło do tego, że ostatnie jazdy w roku 2023 były już całkiem przyjemne. Boreysza cały czas jeździł jak zły, ale przez większość czasu nie miałem z tego przyjemności, a wręcz sporo bólu mięśni u góry.
Nauka wyciągnięta z przejść z Boreyszą oraz doświadczenie z przejechanych ponad 1500 kilometrów zostały wykorzystane w całości podczas zakupu Trabanta.
Dłubbing
Trabant został zakupiony w nieco przewrotnym celu zrobienia z niego tego, czym już częściowo był — roweru szosowego skrojonego pod moje potrzeby. Od początku najważniejsza w nim była rama i jej bardzo komfortowa geometria, bowiem każda inna rzecz jest w rowerze wymienna, natomiast geometria jest jak widok z okna przy zakupie nieruchomości, jedyny sposób żeby ją zmienić to wymienić ramę na inną. Rower od początku miał być polem do eksperymentów z różnymi konfiguracjami napędów oraz poszukiwania optymalnej funkcjonalności dla konkretnego mojego modelu użytkowania — raczej randonneuring niż graveling, więcej dróg niż bezdroży, jakkolwiek wciąż mało uczęszczanych.
Przez pół roku kręcenia się po okolicy na Boreyszy starałem się rozpoznać moje własne potrzeby co do użytkowania roweru. Patrząc na trasy jakimi jeździłem i jakie najbardziej mi się podobały wyszło mi coś pomiędzy szutrówką a szosą+ — rower w 80% szosowy i w 20% terenowy, do poruszania się po nawierzchniach utwardzonych (choć nie zawsze bardzo dokładnie i niekoniecznie asfaltem), nieco szybszy od szutrówki, ale oferujący też nieco więcej terenowej dzielności od roweru szosowego, nawet wyposażonego w szersze opony niż standardowe 25 mm. Co mi z tego wyszło?

Rower z jakimkolwiek napędem, który zapewni szeroki zakres przelożeń o niezbyt dużym rozstrzale, np z szosowym (2×8, 2×9, może w przyszłości 2×11), z tarczowymi hamulcami sterowanymi raczej mechanicznie, najchętniej z zewnętrznym prowadzeniem linek, z szosową kierownicą (chętnie z szutrówkową flarą, ale niekoniecznie) i na koniec najważniejsze: na oponach o szerokości 34-35 mm typu semi-slick, zamontowanymi w systemie bezdętkowym. Widelec najchętniej z włókna węglowego, a reszta dowolnie, np aluminium. Siodło, owijka, pedały — takie jak w Boreyszy są super, niczego nie trzeba zmieniać, ale tak naprawdę to kwestia drugorzędna. To co dla użyteczności tego roweru jest kluczowe to komfort jazdy na długim dystansie (na początek niech to będzie około 200 km) i minimum dzielności terenowej, która umożliwi przejazd drogami utwardzonymi niekoniecznie asfaltem.

I jakkolwiek nie wykluczam w przyszłości typowo szutrowego napędu 1×11 (nawet zamówiłem sobie taki od majfrenda i już niedługo do mnie przyjedzie…) to zdecydowanie nie napęd jest tym, co decyduje o przydatności roweru dla moich celów, podobnie jak inne elementy osprzętu.
A gdybym mógł cofnąć czas?
O te pół roku, zanim kupiłem Boreyszę? Zakładając, że cofnąłbym się w czasie z wiedzą jaką w tej chwili posiadam, to kupiłbym albo któryś z podstawowych modeli aluminiowych szutrówek od wiodących polskich producentów (Romet Aspre 1, Kross Esker 2.0, bo 1.0 ma jednak aluminiowy widelec) lub w Decathlonie szutrowego Tribana RC120 GRVL, wszystkie one są w bardzo zbliżonej cenie 3,1-3,5 tys. zł. Każdy z tych rowerów jest dobrą bazą do poprawek, być może Kross i Romet wyglądają w tym zestawieniu nowocześniej, bo mają koła na sztywnych osiach, ale poza nowoczesnością wiele to w moim przypadku nie wnosi. Dla równowagi Triban ma zarówno koła pod system bezdętkowy (nieoficjalnie koła w Romecie również są tubeless ready), jak i sprzedawany jest z oponami do takiego montażu, jakkolwiek fabrycznie ze sklepu wyjeżdża z dętką, co z kolei poczytuję za duży plus i rzeczywistą zaletę o praktycznym znaczeniu.

Ale też wcale nie jestem pewien, czy już wiedząc gdzie i jak lubię jeździć kupiłbym szutrówkę, ponieważ nawet w wersji fabrycznej Trabant miał wiele z tego, czego dziś oczekuję od mojego dopasowanego roweru wycieczkowego. Jakkolwiek opony 28 mm są wciąż typowo szosowe, to już dają trochę więcej terenowej dzielności, akurat tyle ile w wielu przypadkach uznałbym za całkiem wystarczające na początek. Do tego miły nodze napęd z przełożeniem 1:1 (mała zębatka z przodu 34T, tylna największa też 34T). A że trzeba w nim parę rzeczy wymienić, w tym niektóre na dzień dobry? Nie poczytuję tego za problem. Być może jedynie chcąc wydać większe pieniądze kupiłbym nieco lepiej wyposażoną szosówkę, ale prawdę mówiąc w wyższych modelach Tribana dostrzegam stosunkowo mało wartości dodanej, która mogłaby mnie skłonić do szerszego otwarcia portfela. Oczywiście, Shimano 105 jest lepsze od Miscroshifta R8, mieć dostępne 22 przełożenia również jest lepiej niż mieć ich tylko 16. Myślę że bym to rozważył.
Oby nam się
Rok 2024 już za pasem, więc jeszcze tylko spojrzenie w przyszłość. Z nadzieją na więcej i z ciekawością, co nowego przyniesie. Dokąd dojadę? Ile kilometrów ukręcę? Jakie nowe miejsca odwiedzę?

Roweringu w 2024 roku nie zabraknie, choć na pewno nie wszystkie pomysły okażą się trafione i nie wszystkie wycieczki udane.