Zimna wiosna 2026 w Abruzji
Opublikowano: 28.05.2026
Ostatnia modyfikacja: 01.06.2026
Bardzo mi się w tym roku spieszyło w góry i pojechałem tam najwcześniej gdy tylko miało to sens. Jak się okazało, ocieplenie z początku kwietnia było tylko chwilowe i ostatecznie zmagałem się tam z przejmującym zimnem aż do połowy maja. Temperatury całkiem znośne za dnia szybko spadały, gdy tylko słońce schowało się za masyw górski od zachodu, a po zmroku zimno stawało się nie do wytrzymania.

Na polskich nizinach “zimna Zośka” (lub “zimni ogrodnicy”) są kilkudniwym okresem chłodu, z możliwymi przygruntowymi przymrozkami. W górach Abruzji tymczasem wróciły opady gęstego śniegu na wysokościach powyżej 1000 m, a na niżej położonych terenach doskwierały ulewne deszcze, lokalne gradobicia i zimny wiatr. W tej sytuacji zimno było zarówno w domu, jak i na dworze, więc nie było miejsca żeby się porządnie ogrzać. W 2026 roku wiosna w środkowych Włoszech była zdecydowanie upośledzona.

Wyjechałem do Włoch 18 kwietnia i jadąc na południe przez Polskę i Czechy miałem piękną, słoneczną i ciepłą pogodę. Trochę deszczu miałem przejeżdżając przez Austrię, ale prawdziwe zimno zaczęło się dopiero po drugiej stronie Alp, w Wenecji Julijskiej. Następnego dnia w miarę posuwania się na południe pogoda robiła się coraz gorsza, a powietrze coraz zimniejsze. Nie wiem jak zimno było w domu, ale termostat ustawiony na 17°C w kuchni przez pierwsze dwa tygodnie regularnie nad ranem włączał ogrzewanie.

W takich warunkach nie było mowy o żadnym jeżdżeniu na rowerze, pozostały mi jedynie wycieczki w różne ładne miejsca. Zwiedzałem zatem okoliczne wioski — San Benedetto in Perilis, Goriano Sicoli, Corfinio. Trochę połaziłem, trochę pojeździłem samochodem, a to jakieś muzeum, a to jakieś ruiny, a to jakaś pustelnia w górach (tego w okolicy nie brakuje). Robiłem dużo zdjęć a potem próbowałem je wywoływać z RAW, co tylko wzmacniało przygnębienie, bo może fotografem jestem miernym, za to oko do processingu mam jeszcze słabsze. Oczywiście pomysł żeby na koniec kwietnia wziąć tydzień wolnego i pojechać z worami na rowerze do Bari został odłożony na półkę. Słabo, słabiuteńko.
Ostatecznie jednak skończył się kwiecień, minęła połowa maja z zimną Zośką i zimnymi ogrodnikami i wreszcie zrobiło się odrobinę cieplej. Wsiadłem na rower i pojechałem się zorientować na jakim etapie jestem z kondycją, bo od listopada gdy ostatni raz byłem w Molinie nie miałem dużo okazji żeby sobie pojeździć, bo zima w Polsce była całkiem znośna, ale jednak przez niskie temperatury absolutnie anty-rowerowa. Okazało się że jest gorzej niż przypuszczałem, dużo gorzej w porównaniu do ubiegłorocznej wiosny. Powoli, męcząc się okropnie, zacząłem odbudowywać formę, ale efekty są cały czas dalekie od satysfakcjonujących. Nie wiem jak będzie z wycieczkami rowerowymi później w ciągu roku, ale zapowiadana pogoda w czerwcu raczej również będzie predestynować do pracy nad kondycją, a nie do przygód.