Jesienią w Apeninach Abruzyjskich

Opublikowano: 06.11.2025

Ostatnia modyfikacja: 28.11.2025

abruzja

demon

domane

rower

trek

włochy

Ostatni w roku 2025 wyjazd do Włoch miał między innymi na celu obejrzenie sobie jesieni w górach Abruzji, ale przede wszystkim zbadanie sytuacji w kontekście roweringu. Ostatecznie jednym z celów nabycia nieruchomości tam było to, by móc dłużej cieszyć się z jazdy w przyjemnych warunkach jesieni oraz wiosny. I co prawda w ubiegłym roku udało się odwiedzić Włochy jeszcze przed końcem roku, to już rower trafił tam dopiero późną wiosną i cały cykl testów przesunął się o rok.

Demon w Beffi
W nieodległym Beffi, z widokiem na dolinę Aterno w kierunku Aquili

Decyzja o tym, że koniecznie muszę przyjechać jesienią zapadła jeszcze zanim stamtąd wyjechałem pod koniec września. Pierwsze żółknące na drzewach liście zapowiadały feerię doznań wizualnych, więc lawirując między drogimi przelotami a to w jedną, a to w drugą stronę ostatecznie zarezerwowałem sobie loty i wynajem samochodu na 10 dni na przełomie października i listopada.

Po zeszłorocznym krótkim pobycie w warunkach przełomu jesieni i zimy wiedziałem już, co jest najgorsze o tej porze roku — wysoka wilgotność powietrza potęguje odczuwanie chłodu i to właśnie z tym trzeba się zmierzyć. W tym celu kupiliśmy agregatowy osuszacz powietrza i okazało się że to urządzenie było strzałem w dziesiatkę, przynajmniej o tyle, że zmniejszyło uciążliwość chłodu i dawało się jakoś wytrzymać przy temperaturze 17°C. Tym niemniej było zwyczajnie zimno i na pewno nie chciałbym żyć w takich warunkach na co dzień. Jednakowoż nie ustajemy w poszukiwaniu sposobu na uczynienie pobytu tam nieco bardziej znośnym w chłodniejszych porach roku.

Subequana jesienią
Widok na dolinę Subequana z drogi nr 261

Ale to nie o tym miało być dzisiaj, tylko o roweringu, a to był, jak się okazało, mega sztos. Góry, które latem kuszą zielenią lasów, jesienią skrzą się od kolorów. Do tego wzdłuż dróg unosi się zapach przejrzałych, na wpół zdziczałych fig — jest on bardzo przyjemny i tak, ale jesienią staje się obłędnie intensywny. Widoki, zapachy, a czego nie ma? Otóż nie ma również aż tyle robactwa, co niestety w górach latem jest nie do zniesienia, bo człowiek na rowerze jest często jedynym jedzeniem w promienu paru kilometrów.

Bardzo zdradliwe okazały się warunki termiczne, znacznie bardziej niż o podobnej porze w Polsce. Różnica temperatury między miejscami nasłonecznionymi a zacienionymi potrafiała przekroczyć 15°C, i to na dystansie kilkunastu metrów. Niejednokrotnie było tak, że podjazd był po stronie nasłonecznionej, a następnie zjazd w cieniu, a wtedy do różnicy temperatury dochodziło wychłodzenie od wiatru. Do pewnego momentu sprawiało to nawet przyjemność, ale w pewnej chwili zaczynały marznąć palce, zarówno w butach, jak i w rękawiczkach.

Monte Morrone z drogi nr 5
Podjazd do Raiano, w tle Monte Morrone

Ostatecznie udało mi się wykorzystać każdą sposobność, żeby sobie pojeździć. Objechałem również jedną nową trasę, którą znałem z wcześniejszego objazdu na trenażerze (oczywiście, obciążenie na kręciołku nijak się ma do rzeczywistego). Przyjechałem tam dosłownie kilka dni po jesiennym przestawieniu czasu i niestety pracę kończyłem akurat wtedy, gdy robiło się ciemno, dlatego pozostały mi dwa dni weekendu i krótka chwila, kiedy zamiast jeść obiad wskoczyłem na rower żeby pojechać do sąsiedniej wioski.

Wnioski

Trzeba przyjechać tam wcześniej (albo w ogóle nie wyjeżdżać po wakacjach), najlepiej w październiku, zanim nastąpi zmiana czasu, a zaraz po zmianie czasu można już myśleć o wyjeździe z powrotem. Wracać najlepiej jest wtedy, gdy temperatura w nocy spadnie poniżej 10°C, bo wtedy wieczorem szybko robi się zimno, a rano długo utrzymują się wilgotne mgły. Jeżeli zostawać tam listopadzie, to raczej w warunkach urlopu, niż pracy zdalnej.

Na trasy dłuższe niż godzinę koniecznie trzeba brać ochraniacze na noski butów, lub buty jesienne, na godzinę wystarczą letnie buty z zimowymi skarpetami. Na takie dystanse wystarczą również letnie rękawiczki z palcami, na dłuższe lepiej wziąć już z lekkim ociepleniem. Do tego koniecznie potówka pod spód, bo nie da się jechać tak, żeby się nie spocić, nawet utrzymując niską intensywność. Na głowę opaska zakrywająca uszy, a pod szyję komin.

Najważniejszy wniosek jest jednak taki, że jesień wygląda pięknie w Apeninach Abruzyjskich i koniecznie trzeba tam być o tej porze roku.