Z powrotem w Polsce

Opublikowano: 27.07.2025

Ostatnia modyfikacja: 13.08.2025

polska

rant

rower

włochy

Co najmniej dwa tygodnie wcześniej niż planowałem przyszedł ostatecznie czas, żeby zjechać z bambetlami na lato do Polski. Z Hiszpanii, dokąd pojechaliśmy w marcu, z krótkim przystankiem we Włoszech, z jedną dwutygodniową przerwą na weselną zabawę na Podlasiu. Wyłączyliśmy lodówkę, zamknęliśmy okiennice i wyruszyliśmy w dwudniową podróż samochodem przez Austrię i Czechy do Warszawy, żegnając Abruzję na zakorkowanej autostradzie A14 i w końcu Włochy kilka kilometrów za Tarvisio. Podróż była długa i męcząca, ale ostatecznie w niedzielę wieczorem dojechaliśmy do naszych Ząbek, gdzie szczęśliwie ledwo co przestało padać.

Spojrzenie za okno
Dolce far niente

Pogoda to jest w ogóle coś, o czym aż przykro jest wspominać. Kolory wyblakłe, deszcze co chwilę, zimno wieczorami i wiatr o mało co głowy nie urywa. Przez tydzień raptem dwa razy udało mi się wyjść po pracy na rower na godzinę, a tak ogólnie to cały czas mokro, albo woda leci z nieba, albo niedawno zleciała i jest jej pełno na ziemi.

Kolejna rzecz, o której nawet nie warto wspominać, to jedzenie, ale tu już jest bliżej remisu. Nie ma sardynek w oliwie, nie ma kozich serków rulo de cabra, nie ma owczej ricotty, nie ma pieczonych oliwek, ajo y perejil, ale są rzeczy których brakowało mi zarówno w Hiszpanii, jak i we Włoszech, np kiełbasa czy kurki.

OK, ponarzekane? No to program obowiązkowy mamy już za sobą.

Molina o zmroku
Uliczka w Molinie tuż przed zmrokiem

Jest prawdą, że powrót do Polski po kilku miesiącach na południu Europy wymaga przestawienia się na nieco inny klimat i jedzenie, innych ludzi i inne krajobrazy, ale nie można też przesadzać z tym psioczeniem, ani życie tam nie jest tak słodkie, ani w Polsce tak uciążliwe. Po jakimś tygodniu już tylko pojedyncze rzeczy jak widowiskowy zachód słońca przypominają, że po drugiej stronie Alp jest alternatywa pozwalająca odetchnąć innym powietrzem. Każdy deszczowy dzień wzmaga chęć by tam pojechać, ale i każdy dzień ładnej pogody niweluje tę chęć do zera.

Z roweringiem jest jednak pewien problem, którego nie udaje mi się od dłuższego czasu przezwyciężyć. Przyzwyczajony do jeżdżenia w górach cały czas na małym blacie, mam teraz kłopot z przestawieniem się na inny rodzaj jazdy — inne tempo, inna kadencja, inna moc na pedałach. Spojrzałem na moje zeszłoroczne przejazdy po tych samych lub zbliżonych trasach i widzę, że kiepsko mi idzie z utrzymaniem stałej kadencji i jednostajną jazdą po płaskim. Tak jak przestawienie się na tryb efektywnej jazdy w górach przyszło mi bardzo szybko, o tyle powrót na równiny zajmuje mi znacznie więcej czasu. Gdybym miał jakiekolwiek sportowe ambicje to byłbym tym bardzo zaniepokojony.

Już bym chętnie wrócił do Włoch.