Chwila wytchnienia u podnóża Sirente

Opublikowano: 24.11.2024

Ostatnia modyfikacja: 07.01.2025

abruzja

włochy

1 sierpnia 2024 kupiliśmy sobie dom (domek, malutki, dwupokojowy) we włoskim regionie Abruzja, wśród gór Apeninów, w dolinie Subequana. Minął wrzesień, październik i pół listopada, aż wreszcie przyszedł czas, że mogliśmy tam pojechać i się nacieszyć naszym nowym miejscem. Jesień w górach — kto chociaż raz widział ten wie, na jakie widoki ostrzyłem sobie zęby.

Masyw Morrone, tak mi się przynajmniej wydaje
Jakieś góry widoczne z drogi między Pratolą a Raiano, podobno to masyw Morrone

Długo mógłbym się rozpisywać dlaczego akurat tam, ale nie ma takiej potrzeby, bo już raz to zrobiłem. Tym razem jednak pojechaliśmy tam już do siebie, do naszego domu, spotkać się z naszymi nowymi sąsiadami.

Domek ogólnie był (i jest!) w stanie technicznie nie najgorszym, a największym jego problemem było to, że w wyniku podziału większej nieruchomości między spadkobierców jakiegoś przodka przyłącza mediów tj. prądu, wody i gazu były nadal doprowadzone do sąsiada z dołu, a dalej instalacja była już wspólna. Przez lata nie było to problemem, bo właściciele obu części byli stosunkowo bliskimi krewnymi, no ale gdy przyszedł czas sprzedaży, to połowa trafiła w ręce obcych. Z niejakim trudem udało mi się namówić nową współwłaścicielkę górnej połowy, żebyśmy zdobyli się na pewien wysiłek i przeprowadzili operację podłączenia indywidualnego zasilania.

Widok na Raiano jesienią
Raiano i dolina Peligna widziane drogi do Castelvecchio Subequo

Minęły 2 tygodnie od podpisania umowy kupna / sprzedaży, podpisaliśmy zamówienia usług przyłączenia z firmami dostawców, wpłaciliśmy zaliczki dosłownie dzień czy dwa przed Ferragosto… I zapadła cisza. Tak nam minął sierpień. We wrześniu pojawiła się nadzieja, że coś tam się może wreszcie ruszy, bo w pierwszych dniach miesiąca dostaliśmy informację, że podłączono nam prąd, a przy okazji założono też skrzynki na wszystkie pozostałe przyłącza. I ponownie zrobiło się cicho.

Sirente, po południu
Widok na Sirente po południu

Cichaczem w październiku podłączono wodę, ale w tym momencie postanowiliśmy jednak poczekać na gaz. Gaz to ogrzewanie i ciepła woda w kranie, więc jesienią bez tego to zdecydowanie nie jest dobry pomysł. Trzeba było czekać cierpliwie, a czas płynął i coraz częściej pojawiały się wątpliwości, czy to rozłączanie instalacji to był na pewno dobry pomysł. Agentka nieruchomości która zaoferowała się nadzorować postęp prac przyłączeniowych chyba dostawała białej gorączki, gdy co tydzień któreś z nas dopytywało się o stan prac.

Sirente, po deszczu w nocy
A tak wygląda Sirente i dolina Sugequana rano, po jesiennym nocnym deszczu

Wreszcie 11 listopada pani agentka przysłała wiadomość, że podłączono nam gaz i wszystko już działa! Szybciutko zamówiliśmy bilety na samolot, zarezerwowaliśmy samochód w wypożyczalni i spakowaliśmy do walizek dużo rzeczy, które miały być potrzebne w ciągu tych pierwszych dni na nowych śmieciach. Lot za tydzień!

Plan obejnował lot o 6 rano na Fiumicino, a następnie wizytę w IKEA Roma Anagnina, bo potrzebowaliśmy kupić jakieś minimum do spania i jedzenia. Materac, pościel, kilka talerzy, komplet sztućców, jakaś patelnia, garnek, parę przyborów do gotowania. Potem około 2 godziny jazdy samochodem wśród jesiennych gór, zakupy w sklepie spożywczym żeby mieć co jeść następnego dnia rano i już dojechaliśmy. Przywitał nas widok skalistych szczytów Sirente ponad kolorowymi jesiennymi lasami u jej podnóża i zimno. Temperatura w domu to było jakieś 12°C (na dworze było cieplej), więc pierwsze co zrobiliśmy to włączyliśmy ogrzewanie i wywietrzyliśmy budę.

Sirente już w zimowej czapce
Śnieżna czapka na Sirente

A potem już tylko całe 4 dni gapienia się na Sirente, zakupy w IKEA San Giovanni Teatino i w różnych sklepach budowlanych, roboty porządkowe w domu i drobne naprawy, pyszne lokalne wino (Montepulciano d’Abruzzo, Pecorino, Trebbiano, Cococciolla, Passerina) i jedzenie z widokiem na góry.

Następna podróż będzie samochodem zapakowanym pod sufit dobrami, zamierzam również zabrać wreszcie rower, chociaż nie jestem pewnien, czy w grudniu będę miał szansę pojeździć, ale ostatecznie po to go właśnie kupiłem, by go mieć tam pod ręką. Do tego kilka dni kuchennej prowizorki pokazało, czego tam nam brakuje żeby w miarę się obsłużyć z gotowaniem, więc część rzeczy zabierzemy z Polski, a tylko część się kupi w IKEA. Na chwilę obecną planujemy tylko powoli i systematycznie zmniejszać ilość prowizorki, bo wizja jak to ma wygląda ostatecznie jeszcze nie do końca się wyklarowała. Jest kilka rzeczy które trzeba naprawić, jest kilka które koniecznie trzeba będzie wymienić (okna i drzwi!), ale największe rewolucje pozostawimy sobie na później, gdy wyklaruje się nam sposób, w jaki będziemy z tego domu korzystać.