Kolarstwo turystyczne, doprawdy?!
Opublikowano: 14.09.2024
Ostatnia modyfikacja: 07.01.2025
Tak sobie parę dni temu przemyśliwałem nad istotą mojego roweringu. Takie już mam usposobienie, że rozkminiam różne rzeczy, a to mnie już od jakiegoś czasu nurtowało, bo różni różnie swoje aktywności określają. Czy to kolarstwo romantyczne? Czy to kolarstwo przygodowe? Czy to turystyka rowerowa? A może właśnie kolarstwo turystyczne?

Za oknem niż genueński zalewał centralną Polskę ulewnym deszczem, a mój głód roweru niezaspokojony przez prawie cały tydzień mocno już dawał mi się we znaki. Spoglądałem na moje oba rowery kurzące się w pokoju i z braku laku myślałem o tym, czym tak właściwie jest mój rowering, co wypycha mnie za drzwi i co napędza przez kolejne kilometry.
W internetach różni powtarzają określenie kolarstwo romantyczne lub przygodowe na określenie takiego sobie kręcenia się po różnych okolicach, niekoniecznie szybko, niekonieczne osiągając jakieś wyniki, głównie raczej uprawiane dla dojeżdżania w różne miejsca lub przejeżdżania różnych tras. Najczęściej jednak używają ich ludzie, którzy ciorają po jakichś lasach czy łąkach, a ja niechętnie zjeżdżam z asfaltu, a na pewno nie na drogi nieutwardzone lub bezdroża. Ich rowerowy romantyzm nie ma wiele wspólnego z moim, jak również ich przygody z moimi, jakkolwiek nie wydaje mi się żebym w ogóle jakieś przygody miał — co najwyżej gdzieś mnie jakieś psy gonią przez chwilę. Największy wymiar przygody to przejechanie nową drogą, od nowej stromy czy skręcenie w nieznanym kierunku — w XXI wieku i w dobie nawigacji satelitarnej w każdym telefonie praktycznie nie ma możliwości, żeby się zgubić. Nie pozwoli na to Google, które wie wszystko.
A może jednak to jest turystyka rowerowa? Może trochę, ale z typową turystyką też mam raczej mało wspólnego. Nie wożę ze sobą bagażu, nie urządzam wielodniowych wypraw. Wsiadam na rower i jadę tak do 100 kilometrów, starając się trafiać w ładne miejsca. Trochę romantycznie, trochę przygodowo, całkowicie turystyczne. Czyli może jednak jest to kolarstwo turystyczne? Wliczyłbym do tego również randonneuring, chociaż to już jest w pewnym sensie ultra, a ja swoją turystykę traktuję dużo bardziej na luzaku. Każda trasa jest procesem, który rozwija się od początku do szczęśliwego zakończenia w domu. Bez pośpiechu, bez ścigania się z czasem, bez ambicji poprawiania wyników, aby tylko kilometry się zgodziły.

Według mojej idei kolarstwa turystycznego zawsze wiąże się ono z jakimś celem krajoznawczym, choćby było to sprawdzenie kebaba gdzieś w okolicy, czy sprawdzenie przejezdności jakiegoś odcinka. Czy to musi być daleko, jak twierdzi jeden z influenserów? No właśnie według mnie nie, chyba że ktoś mieszka na środku odkrywki w Bełchatowie i jedyne co ma blisko to dziury w ziemi i księżycowy krajobraz. Dobrymi celami turystycznymi są skanseny, muzea, tereny rekreacyjne, ciekawostki przyrodnicze i tak dalej. Nie wydaje mi się, żeby były tereny wyjątkowo ubogie w takie rzeczy, może właśnie jedynie poprzemysłowe pustynie, ale takich nie jest wiele w Polsce, nawet często wyśmiewany Górny Śląsk nie jest ciekawostkową pustynią. Szczególnie Mazowsze takie nie jest, chociaż krajobraz jest zdecydowanie monotonny przez swoją płaskość. Wciąż jednak tego rodzaju wycieczki to raczej ewenement niż reguła, nie co tydzień są odpowiednie warunki na dłuższy wyjazd: życiowe obowiązki, inne plany, kapryśna pogoda w strefie klimatu umiarkowanego.
W tym roku podobały mi się przejażdżki, jakie zrobiłem sobie w ramach multimodalności, w jedną stronę jadąc pociągiem, czy to przejeżdżając z Ząbek pociągiem do Małkini czy do Łochowa, czy też jadąc do Małkini i wracając pociągiem do domu. Wciąż nie skorzystałem jeszcze z opcji pociągu na trasie z pobliskiego Rembertowa do Siedlec, a to otworzy mi kilka nowych opcji krajoznawczych. Ostatecznie również do dworca Warszawa Wschodnia nie mam jakoś bardzo daleko, więc właściwie cała Polska stoi otworem.
Kolarstwo turystyczne? A po co to komu?
No właśnie, nie bardzo wiem czemu to klasyfikowanie miałoby służyć. Mój autystyczny umysł lubi klasyfikację i podoba mi się, że mogę coś sobie uporządkować. Nadal będę co jakiś czas jeździł sobie w nowe miejsca, a na co dzień wietrzył mózg na trasach, które znam na pamięć. Licząc kilometry tych zwykłych będzie więcej, ale ich rola jest też inna, związana ze zdrowiem psychicznym, a nie z przygodami. Wsiadam na rower po pracy i przez półtorej godziny jeżdżę bez pośpiechu, bez celu, tylko dla zabawy i przyjemności, żeby poczuć zapach lasu albo wiatr na twarzy. Ważne jest wtedy dla mnie to, że nie muszę się skupiać na drodze ani na wyświetlaczu nawigacji, bo znam drogę, znam okolicę, wiem dokąd jadę i wiem gdzie jestem.
Do tego nie jest potrzebny żaden tzw gravel, chyba że ktoś lubi się kopać w piachu. I lubi robactwo.