Cztery dni w podróży

Opublikowano: 14.03.2025

Ostatnia modyfikacja: 14.03.2025

hiszpania

podróż

Rano 9 marca 2025 wyruszyliśmy w kilkudniową podróż z Polski do Hiszpanii. 2800 kilometrów, 3 dni jazdy samochodem i 22 godziny na promie płynącym z Civitavecchia do Barcelony. Wyzwanie wyjątkowe pod wieloma względami, tak fizycznie, jak i psychicznie oraz mentalnie. Nie wszystko poszło tak, jak chcieliśmy, ale ostatecznie dojechaliśmy bezpiecznie i zaczęliśmy się urządzać w naszym tymczasowym mieszkaniu.

Pokład promu o poranku
Były też chwile ładnej pogody podczas podróży promem

Niedziela, 9 marca

Wyjechaliśmy spod Warszawy zgodnie z planem o 8 rano. Czynnikiem stresogennym była niechęć Austriaków do pracy w niedzielę, więc musieliśmy dojechać do hotelu nad jeziorem Worthersee w Karyntii przed godziną 21, jeżeli chcieliśmy spać w łóżku. Pogoda dopisała, nie było szczególnie zimno ani gorąco, przez większość trasy warunki były bardzo dobre, dopiero w Austrii musieliśmy się zmagać z silnym wiatrem. Trochę szkoda że do Karyntii dojechaliśmy już po zmroku, więc niestety nie nacieszyliśmy oczu widokami przedgórza alpejskiego. Paliwo uzupełniliśmy przy A1 w Polsce, potem przejechaliśmy przez Czechy i następne tankowanie mieliśmy dopiero na granicy Steiermarku i Karyntii w Austrii. Zasadniczo podróż przebiegła dość nudno, pokonaliśmy dystans nieco ponad 1000 km.

Poniedziałek, 10 marca

Drugiego dnia czekał nas przejazd przez północną część Włoch do przystani promowej w Civitavecchia nieopodal Rzymu. Widokowo początek był mało zachęcający, bo przez Alpy przejeżdżaliśmy w strugach deszczu, a pogoda poprawiła się dopiero w okolicach Wenecji. Jechaliśmy przez płaskie jak stół tereny Emilia Romagna, następnie przez wzgórza Toskanii, aż dotarliśmy nad Morze Tyrreńskie w Lacjum. Widoki po drodze przepiękne, jazda przez większość trasy urozmaicona i nie męcząca, ale chwaliłem sobie to, że na ten dzień wyznaczyliśmy tylko 750 km, bo jakość dróg pozostawiała sporo do życzenia i wymagała pewnego skupienia. Planowaliśmy dojechać na przystań około 18, ale że nie zatrzymywaliśmy się po drodze na jedzenie, to dojechaliśmy o 17 i zjedliśmy dopiero w barze przy porcie.

Zaokrętowanie na promie przebiegło sprawnie i szybko, więc od nabrzeża odbiliśmy z minimalnym opóźnieniem.

Wtorek, 11 marca

Cały dzień na promie. Trochę doskwierała nam nuda, zwłaszcza że pogoda była bardzo wietrzna i chwilami zacinał drobny deszcz, więc nie bardzo można było korzystać z rozrywek na otwartym pokładzie. Zarezerwowaliśmy sobie miejsca w kabinie i dzięki temu mogliśmy się jako-tako przespać, bez szału, bo kabina miała rozmiar przedziału w pociągu a miejsca sypialne były może wąskie, ale za to krótkie, jednakowoż dało nam to choć odrobinę odpoczynku. Na promie były również kabiny typu suite, z większymi łóżkami, miejscem do siedzenia i większą łazienką, ale bez przesady, to nie transatlantyk, tylko prom, a my podróżowaliśmy w towarzystwie nastolatków na szkolnej wycieczce, podstarzałych hipisów i kierowców ciężarówek.

Taki sobie zaułek na promie
Taki sobie zaułek na promie, akurat wtedy wolny od palaczy

Jakość jedzenia na pokładzie włoskiego bądź co bądź promu urągała wszelkiemu pojęciu o włoskim jedzeniu, w miarę sensowna była jedynie kawa, no ale na samej kawie daleko się nie zajedzie. Na koniec dnia wzięliśmy na wynos po hamburgerze i frytkach, bo zanosiło się na to, że kolejny dzień nie dane nam będzie zjeść kolacji.

Z promu zjechaliśmy około 19 i udaliśmy się do hotelu w Villanova i la Geltru, gdzie mieliśmy spędzić pierwszą noc na hiszpańskiej ziemi.

Środa, 12 marca

Dzień ponadplanowy, ponieważ pierwotnie chcieliśmy ciąć te 400 km po nocy z Barcelony na Costa Blanca, ale uznaliśmy za dobry pomysł propozycję znajomej, by jednak odpuścić. Okazało się to lepszym wyjściem niż sądziliśmy — niby dystans najkrótszy ze wszystkich dni, ale wyokrętowanie z promu okazało się wyjątkowo stresujące, dodatkowo nie pomyśleliśmy zawczasu żeby sprawdzić czy da się wyjechać z portu w Barcelonie w kierunku Tarragony nie przejeżdżając przez strefę niskoemisyjną i trochę zaskoczyła nas konieczność zarejestrowania samochodu w systemie niejako w biegu, podczas przechodzenia promowym korytarzem na pokładzie garażowym.

Tak mogę się budzić
Taki widok z okna o poranku

Widok na morze był wspaniałym początkiem dnia. Śniadanie więcej niż skromne, wystarczyło nam jednak do południa kiedy zjedliśmy coś konkretnego w jakimś fast foodzie przy trasie. Niestety, droga przez te ostatnie 400 km okazała się bardzo męcząca. Jechaliśmy w kierunku na południowy zachód, więc praktycznie przez cały czas słońce świeciło prosto w twarz, a ja w ferworze pakowania zapomniałem zabrać z domu przygotowane ciemne okulary.

Droga dłużyła się niemiłosiernie, ale ostatecznie dojechaliśmy na miejsce około 17 i mogliśmy zacząć się urządzać. Rozpakowaliśmy samochód, poukładaliśmy część rzeczy, pozostałe schowaliśmy. Trzeba było się również rozejrzeć czego nam brakuje na te kilka miesięcy z wyposażenia kuchennego i innych drobiazgów.

The good, the bad and the ugly

Cztery dni w podróży to był poważny sprawdzian, w tym również dla naszego związku. 24 godziny na dobę przebywania ze sobą w ciasnej przestrzeni, niemal bez ruchu i w pozycji, która tylko teoretycznie jest wygodna, do tego narastające zmęczenie — a my oboje mamy już po ponad 50 lat, więc na pewno nie było łatwo. Nigdy też nie spędzaliśmy ze sobą tyle czasu w zamknięciu, czy to w kabinie samochodu, czy w kajucie promu.

Pazyfae w Villanova i la Geltru
Postać z mitologii greckiej, historia Pazyfae raczej mało zabawna

Udowodniliśmy sobie, że jest możliwe podróżowanie samochodem na długie dystanse, a najważniejsze w nim jest odpoczywanie. Uświadomiło nam też to, gdzie jest nasza granica, ile damy radę przejechać, ile odpoczynku potrzebujemy. Na pewno będziemy mieli jeszcze kilka podobnych wycieczek, choćby wracając z Hiszpanii do Polski (i prawdopodobnie znów z etapem podróży promem do Włoch, bo chcemy latem spędzić trochę czasu w naszym domu w Abruzji).

Ale bez przesady, fanami nagle się nie staliśmy.