Kolejny powrót
Opublikowano: 23.01.2025
Ostatnia modyfikacja: 27.02.2025
W wieku lat pięćdziesięciu-paru posiadam już na tyle pełną i ugruntowaną wiedzę o sobie oraz o tym, co lubię i co mnie inspiruje, że właściwie nie muszę już niczego poszukiwać, tylko wystarczy że co jakiś czas przypomnę sobie co kiedyś robiłem i co mnie pasjonowało, a nowe atrakcje życie przyniesie samo. Tak było kilka lat temu gdy po długim okresie zastoju z przyjemnością wsiadłem na rower i zacząłem jeździć na coraz dłuższe przejażdżki (ostatecznie skończyłem z 4 rowerami, w tym 3 szosowymi), tak teraz przypomniałem sobie, że kiedyś miałem wielką przyjemność z fotografowania. Takiego tradycyjnego robienia zdjęć aparatem fotograficznym z dużym, dużym elementem optycznym (dużym w porównaniu do aparatu w telefonie).
Kilka lat temu zawsze pod ręką miałem aparat i z dużą przyjemnością robiłem nim zdjęcia wszystkiego, co się działo wokół mnie. Był to Canon G9, a więc urządzenie raczej wiekowe gdy się z nim rozstawałem w 2022 roku, i zdecydowanie nie nowoczesne. Przez kilka lat potem zadowalałem się aparatami wbudowanymi w telefony, a myśl o tym, by sobie aparat fotograficzny kupić odganiałem, gdy tylko w oko wpadała mi jakaś cena nowego urządzenia podobnego typu, czyli zaawansowany kompakt. Nie miałem pojęcia, że aparaty fotograficzne mogą kosztować tak wielkie kwoty!

Już wcześniej w grudniu wyjeżdżając do Moliny pożyczyłem od narzeczonej nie używany przez nią od dawna jej bezlusterkowiec Panasonic Lumix GF7 w systemie MicroFourThirds (kilka zdjęć zrobionych nim zamieściłem w poprzednim poście). Zabrałem go na kilka spacerów i ostrożnie zacząłem nim fotografować co tam napotkałem. Nie czułem się z nim jednak pewnie, bo nie jest to mój aparat, a dodatkowo miałem wrażenie, że trochę się rozmijamy z jego ergonomią i nie do końca pewnie go czuję w ręce. Tym niemniej wspomnienie fotografowania odżyło, ziarenko zostało zasiane i szybko wykiełkowało. Po powrocie z Włoch zacząłem się rozglądać za aparatem, który bardziej by mi odpowiadał, nie puściłby mnie z torbami gdybym stracił nagle zainteresowanie i byłby dobrym początkiem, gdybym chciał tę zabawę kontynuować.

Zdecydowałem się ponownie na aparat bezlusterkowy z wymiennymi obiektywami, ale jednak z większym sensorem obrazu i w nieco nowocześniejszym systemie APS-C. Do wyboru były Sony NEX-6 i jego nowsze wcielenia, czyli Sony A6000 i pochodne. Przejrzałem oferty używanych aparatów i po niezbyt długich rozważaniach kupiłem mało przechodzony egzemplarz z kitowym obiektywem Sony 16-50 za całkiem rozsądną kwotę. Do tego dokupiłem małą torbę fotograficzną, której przydatność doceniłem na poprzednim wyjeździe w Abruzji, ładowarkę wielokanałową i dodatkową baterię. Ostatnie zakupy robiłem już w biegu, na dzień przed planowanym wylotem do Hiszpanii. Obiektyw bez szału, bateria w zapasie tylko jedna — nie mogłem się doczekać.

Okazją do bliższego zapoznania się z aparatem był pół-służbowy wyjazd na tydzień do Hiszpanii. Moja narzeczona pojechała tam w celach biznesowych, a ja postanowiłem jej potowarzyszyć. Raz że chciałem na żywo się przekonać jak tam wygląda zima i czy jest to lepsza opcja od Abruzji (gdzie jak opisałem w poprzednim wpisie jest zwyczajnie zimno), a dwa, że nadarzała się okazja, by zrobić trochę zdjęć w warunkach niezłego, śródziemnomorskiego światła, przy okazji przypominając oku i dłoni o co chodzi w fotografii.
Przez tydzień ćwiczyłem i przypominałem sobie z czym się to je, sprawdzając opcje i możliwości jakie dawał mi aparat. W tym czasie mieliśmy i sztorm, i ulewę, i porywiste wiatry, ale również wspaniale wzburzone morze dzień po sztormie, łagodne fale, piękny zachód słońca na Cap de la Nau, promenadę Camí Casetes, nocny port rybacki i wszystko, co nie zamiera w nadmorskim kurorcie zimą.
Obiektyw jak na swoje parametry i moje umiejętności sprawował się całkiem dobrze. Odczułem trochę jego braki w zakresie jasności, ale to jest typowa przypadłość obiektywów ze zmienną ogniskową, tu dodatkowo spotęgowana przeciętną jakością układu optycznego. Z takimi ograniczeniami przyszło mi się zmierzyć, ale szybko zacząłem sobie przypominać jak sobie z nimi radzić. Pożyczony Lumix z każdym z jego obu obiektywów ma dokładnie ten sam problem, ale po zrobieniu raptem kilkuset zdjęć nie to zdaje się być największą bolączką moich obrazów (polecam kanał Rafała Koniecznego na YT jezeli ktoś potrzebuje sobie szybko przypomnieć po latach jak się robi znośne zdjęcia).

A wracając do tego zamierania, to akurat to miejsce (Jávea czy też Xàbia) nie jest typowym kurortem, z którego życie uchodzi wraz z wyjazdem ostatniej turnusu na koniec lata. Życie toczy się tam dalej, chociaż w nieco wolniejszym tempie i w nieco węższym zakresie, ale jednak wszystko nadal działa. W barach są goście i jest personel, można coś zjeść i się napić, działają wypożyczalnie rowerów, odbywają się zajęcia sportowe i jakaś rozrywka poza piciem cały czas jest. Podoba mi się myśl, że mógłbym tam pomieszkiwać przez zimę, bo jest tam również gdzie jeździć na rowerze (chociaż niektóre podjazdy wydają się naprawdę mordercze), a okolica jest naprawdę bardzo piękna, więc i fotografować miałbym co.
Pozwolę sobie poczerpać jeszcze trochę przyjemności z fotografowania, zwłaszcza że już mam czym, co i gdzie, a teraz pozostaje nabycie wprawy i umiejętności technicznych, co już jest jedną z tych rzeczy o które mi chodzi w upodobaniach.