Bad days happen

Opublikowano: 03.08.2024

Ostatnia modyfikacja: 07.01.2025

rower

Cały tydzień się przymierzałem do tej soboty, kiedy wreszcie wskoczę na rower i śmignę sobie jakiś przyjemny dystans w okolicach 100 km, w nowym kierunku, po nowych drogach, przez nowe okolice do nowych miejsc. Wielkie plany, wielkie nadzieje, mało co z tego wyszło, a po wszystkim wieczorem łaziłem połamany w sumie nie wiadomo dlaczego.

Demon w Urlach
Demon podczas jednej wspaniałej wycieczki w Urlach

Po niedawnej przejażdżce do Małkini i powrocie do Ząbek pociągiem chciałem to powtórzyć, ale w innym kierunku. Podobny dystans, ale tym razem 106 km do Siedlec, kierunek na wschód i lekko na południe, zgodnie z kierunkiem wiatru. Pociągiem miałem wrócić do stacji Warszawa - Rembertów, a stamtąd do Ząbek jest już dwa rzuty beretem. Słabe strony? Żadnych, pogoda miała być łagodna, trasa prosta i częściowo znana, lokalne asfalty wśród mazowieckich pól i lasów.

Miłe złego początki

W tym momencie właściwie skończyło się dobre. Już dzień wcześniej wieczorem zraniłem się w prawą dłoń w miejscu, którego nie ma jak dobrze opatrzyć, a które przypomina o sobie przy każdym ruchu palca. Prawa dźwignia przerzutki w Demonie chodzi leciutko, hamulec takoż (Ultegra!), więc postanowiłem delikatnie się obchodzić z tą ręką. Na niewiele się to zdało, bo ostatnecznie podczas jazdy rana piekła mnie przy każdej zmianie przełożenia i każdym hamowaniu. Potem źle spałem w nocy, a gdy wreszcie obudziłem się o 8:30, to było mi bardzo trudno się podnieść. Trudno powiedzić dlaczego, bo przecież godziny licząc to było ich dużo, a jednak okazało się za mało. W takim stanie ciąg wsteczny od rana był nieunikniony — zamiast wyjechać z domu o 10:00 ostatecznie wygrużyłem się o 12:00. O tej porze już było oczywiste, że ze stówki do Siedlec i powrotu pociągiem przez kolejną godzinę nic nie będzie, a skończy się na pokręceniu wokół komina tak, żeby jazdę zakończyć w domu. Co oznaczało również powrót pod wiatr, a ten miał się wzmóc późnym popołudniem, choć wciąż nie do jakichś potężnych wartości.

Zaraz po przejechaniu kilkudziesięciu metrów okazało się, że mam rozregulowaną tylną przerzutkę. Pierwsze pół godziny jazdy spędziłem na kręceniu baryłką aż wreszcie stopiątka osiągnęła swoją zwyczajową kulturę pracy. W tym momencie dojeżdżałem do Wesołej. Garmin po 8 kilometrach pokazał czas pierwszego okrążenia: prawie 24 minuty. Z pewnością nie zanosiło się na szybką jazdę. Pomimo najszczerszych chęci i jazdy zasadniczo z wiatrem nie udawało mi się ukręcić nic lepszego przez kolejne kilometry, nie udało mi się też wejść w ten specyficzny flow, kiedy korba kręci się właściwie sama, a nogi tylko ją obracają żeby zachować równowagę. Niby kilometry schodziły, ale w tempie patetycznym.

Zbliżywszy się do zaplanowanej połowy dystansu postanowiłem uratować z przejażdżki co się da i zaliczyć przynajmniej trochę przygody. Zboczyłem z trasy kilka kilometrów, żeby przetestować kebab w którym jeszcze nie jadłem, potem odbiłem w bok żeby podjechać do miejscowości o zabawnej nazwie. Powrót na kołach był już stosunkowo bezproblemowy, chociaż dawał znaki tyłek nie przywykły do geometrii siodła w Demonie (obłędnie wygodnego, ale do każdego trzeba wygnieść poślady żeby usiedzieć w nim kilka godzin). Pod dom zajechałem zasadniczo nie zmęczony, ale jednak umordowany. Później wieczorem darły mnie mięśnie pod kolanami i bolały ramiona, jakbym nie wiem co robił, a nie jeździł na rowerze.

Demon w ciopągu
Wracamy z Demonem na wisząco w pociągu z Małkini

Jakby było mało tych obelg, to po zakończeniu aktywności Garmin pokazał mi recovery time 7 godzin, jakbym w ogóle żadnego wysiłku w tę jazdę nie włożył, a Strava dodatkowo wyliczyła, że na 50, 90 km i 50 mil był to mój trzeci czas w życiu. Serio?! W ogóle nie miałem takiego odczucia, wydawało mi się to potwornie wymęczone. No ale liczby nie kłamią (choć wszytkie te wyliczenia opierają się na nie do końca wiarygodnych wynikach pomiarów).

Post mortem

Czy tam coś złego się wydarzyło? Trudno powiedzieć, może akurat miałem gorszy dzień i wszystko się złożyło na porażkę, a może to brak ruchu przez cały tydzień sprawił, że minimalnie większy wysiłek to było zbyt wiele na raz. Zwykle nie jest tak, że w tygodniu w ogóle nie wychodzę śmignąć nawet na godzinę czy półtorej, więc taka opcja jest zupełnie nie wykluczona. Mogło jednak na całość złożyć się wiele czynników takich jak większy stres, gorsze samopoczucie, tlący się gdzieś stan zapalny i wywołane zawiedzionymi oczekiwaniami zniechęcenie. Człowiek to skomplikowana maszyneria, która nie zawsze działa idealnie nawet wtedy, gdy w oczywisty sposób działa poprawnie.

Szczęśliwie mój rowering nie ma nic wspólnego ze sportem. Nikt mnie z wyników nie rozlicza, ani nawet sam siebie nie rozliczam. Nie mam celów do osiągnięcia, nie ścigam się z nikim w żadnej konkurencji. Moim głównym motywem żeby wyjść na rower i trochę pokręcić jest aktywność ruchowa dla poprawy samopoczucia i choć samopoczucie po tej aktywności pozostawia trochę do życzenia, to nie dam sobie odebrać wszystkich pozostałych przyjemności, jakie przyniesie mi rower w przyszłości.