Cisza, jak makiem zasiał
Opublikowano: 15.04.2024
Ostatnia modyfikacja: 15.04.2024
Wraz z nadejściem wiosny rower coraz częściej jeździ, a rzadziej wisi na stojaku. Zaczęło się nieśmiało już pod koniec lutego, a od połowy marca właściwie kiedy tylko jestem w domu, to wychodzę pojeździć na godzinkę-półtorej-dwie. W weekendy czasem na dłużej.

Udało mi się sprzedać Boreyszę. Jak dziwnie by to nie brzmiało, to zdecydowanie nie był to rower dla mnie. Nie odpowiadał moim potrzebom, więc logiczne było żeby się go pozbyć, bo szkoda żeby stał w schowku i się kurzył. Poszedł w dobre ręce, mam nadzieję że przyniesie nowemu jeźdźcowi dużo przyjemności — a ja zostaję z Trabantem. Jakby mi zaświtało, żeby jeździć jednak w terenie, to mam do niego drugi komplet kół. Na początek kupiłem do nich szutrowe semi-slicki Vittoria Terreno Zero i zobaczę jak się na nich jeździ.

Jeżdżę dużo, z tygodnia na tydzień coraz więcej. Z ogromną, ogromną przyjemnością. Wszędzie dookoła, bliżej i dalej. Czasem tylko 20 kilometrów, a czasem 50, jak mam na to ochotę i czas. Zwykle o 17 już siedzę przed komputerem w bibsach i czekam by się zerwać.

Wracam, ogarniam chałupę, ogarniam siebie, zaczynam wieczór. A potem spać, bo czeka kolejny dzień, czeka rower, czeka życie. Kilometry lecą, smar do łańcucha zużywa się w zastraszającym tempie.

I abarot, co kilka dni przerwa na regenerację, ale jako że wysiłek nie jest jakiś wielki, to tej regeneracji też wcale nie potrzeba jakoś dużo. Jeden dzień odpoczynku i można ciorać dalej.
No i właśnie dlatego nic nie piszę. Jestem zajęty życiem.