Zimowe kręcenie

Opublikowano: 14.12.2023

Ostatnia modyfikacja: 21.02.2024

rower

W kraju naszym pięknym biało-czerwonym przyjemna pogoda do jazdy na rowerze trwa tylko przez kilka miesięcy w roku, a przez co najmniej 4 miesiące trudno jest traktować jazdę inaczej niż pokutę. Jeżeli ktoś nie ma oporów przed korzystaniem z siłowni, to utrzymanie formy zimą nie jest problemem, ale są tacy, którzy za nic nie dadzą się tam zaciągnąć. Dla takich ludzi są właściwie tylko dwie opcje — trenażer i treningowy rower stacjonarny. Tę drugą pominę, to opcja dla osób które mają w domu siłownię, a nie warsztat rowerowy.

Opcja jeden!

Opcją numer jeden, najczęściej wybieraną przez kolarzystów, jest trenażer — urządzenie w które wpina się rower lub jego część i jego zadaniem jest umożliwienie kręcenia pedałami ze zróżnicowanym oporem. Są ich różne rodzaje, od najprostszych rolkowych i magnetycznych, gdzie opór reguluje się ręcznie za pomocą dźwigni, przez takie z własnym silnikiem elektrycznym, którym można sterować dla ustalenia zmiennego oporu, aż do trenażerów które zastępują całe koło napędowe. Ceny: od 200 zł za używany trenażer rolkowy, aż do kilku tysięcy za najbardziej wypasiony trenażer typu direct drive. Każdy znajdzie urządzenie o oczekiwanym nasyceniu funkcjami i na oczekiwanym poziomie cenowym. Oprócz urządzeń nowych jest również bogaty rynek używek. Obecnie ze względu na znaczny wzrost popularności trenażerów direct drive (a co za tym idzie i spadek cen), oferta używanych trenażerów z wpinanym kołem jest szeroka, a ceny bardziej niż przystęne.

Genius

Zdjęcie powyższe przedstawia mój nabytek — po miesiącu bezskutecznych prób zmuszenia się do ćwiczeń na siłowni wreszcie się poddałem i kupiłem używany trenażer Tacx Genius Smart. Kilka lat temu ten model był na topie oferty firmy Tacx i był jej pierwszym w pełni smart trenażerem z wpinanym kołem. Kosztował wtedy około 50% więcej niż widoczny na zdjęciu wpięty w niego rower, ale po 4 latach używania przez poprzedniego właściciela kupiłem go za mniej niż 20% pierwotnej ceny. Zjęcie przedstawia pierwszy test urządzenia, więc jest to setup ćwiczebny. Szybko okazało się, że trzeba tam dołożyć trochę kasy, bo hałas jest taki, że sąsiedzi mnie skarpetami zatłuką jak czegoś z tym nie zrobię, a ostateczny setup przedstawiają pozostałe zdjęcia.

Mata Black Track nie działa i właściwie nie wiem jak mógłbym ją zmusić do działania, bo aplikacja sterująca na Androida jej nie obsługuje, więc służy mi jedynie jako podstawka z przodu pod koło i z tyłu pod oś trenażera. Podobno po połączeniu z oprogamowaniem na komputer daje dodatkowo realistyczne wrażenia z jazdy w zakrętach oraz po nierównej nawierzchni, jednakowoż żadnen z moich komputerów nie współpracuje z oprogramowaniem Tacx.

Niebieska mata pod trenażer za ~100 zł okazała się cieniutkim żartem (ma 4 mm), dlatego dokupiłem specjalistyczne maty pod sprzęt fitness, sprzedawane w modułach. Do tego specjalna opona do trenażera za 80 zł i po przeniesieniu całego towaru na podłogę z płytek udało się osiągnąć jako-takie wytłumienie. Pomyłką okazał się również potołapacz za 40 zł z alledrogo — jest za mały do ramy w rozmiarze L (56 cm) i nie zasłania niczego, co warto byłoby zasłonić, np mostka czy kierownicy. Natomiast ten wielki wentylator za ~150 zł który występuje na zdjęciach to jest sztos i tu spokojnie mogę potwierdzić, że rozmiar ma znaczenie.

Po rozwiązaniu problemów natury technicznej musiałem zająć się tym, co jest jednak o wiele ważniejsze w kręceniu na trenażerze — a mianowicie potworną nudą, jaka się wiąże z kreceniem pedałami w pomieszczeniu na stojącym w miejscu rowerze. I tu w sukurs przyszła nowoczesność w domu i zagrodzie w postaci aplikacji do wirtualnej jazdy.

Jest takich aplikacji sporo, o różnym charakterze i z różnym zestawem funkcji zależnym od tego jak bardzo smart jest trenażer, a koszt subskrypcji miesięcznej to zwykle kilkanaście euro. Mnie najmniej zależało na wirtualnych wyścigach, w szczególności w wyimaginowanej rzeczywistości, a najbardziej chciałem jeździć po rzeczywistych trasach, i to najlepiej tych, które sam sobie ułożę, więc po jednej czy dwóch jazdach z najpopularniejszym Zwiftem poszedłem szukać czegoś innego. Niestety, konieczność ustawienia zestawu w przedpokoju oznaczała, że nie mogę kręcić na wprost dużego ekranu telewizora (tu odpadło Rouvy, które jest przepiękne na dużym ekranie w 4K), a największy wyświetlacz jaki mogę mieć, to telefon. I tak eliminując zbędny koszt (wydatek na rzeczy których nie będę używał lub nie docenię) pozostała mi subskrypcja Tacx Training Premium w rozdzielczości HD Ready (720p). Używam go bowiem głównie do objeżdżania tras, które sobie ułożyłem w aplikacji mapowej (obecnie prawie zawsze to Komoot), a następnie wyeksportowałem jako ślad GPX. Do tego nie jest mi potrzebna rozdzielczość HD, a jedynie subskrypcja Premium, więc kosztuje mnie to jedyne €10 miesięcznie, nie ma tragedii. Nadal jest nudno, ale jednak około godzina jazdy jest całkiem do zniesienia, bo opór na tylne koło odzwierciedla rzeczywiste ukształtowanie terenu. Najdłuższy dystans jaki zdołałem przejechać to było prawie 50 km w 1h50’ i stwierdzam że to jednak za długo. Wolę chyba pojechać 2×25 km niż tyle samo na raz, bo pomimo automatycznie regulowanego zmiennego oporu nuda podczas kręcenia jest nie do zniesienia.

Costa Blanca

Dzięki połączeniu aplikacji Tacx Training z Garmin Connect wszystkie takie przejażdżki są zapisywane jako aktywności z pełnym zestawem danych treningowych, więc można je sobie analizować tak jak zwykłą jazdę zapisywaną przez komputer rowerowy. W takiej też postaci są wysyłane do Stravy, jeżeli ktoś ją sobie połączy z kontem Garmin — Strava dodaje małą etykietkę virtual, ale poza tym pokazuje zwyczajną mapę, tak jak odcinek został przejechany. Wyliczanie kadencji z prędkości obrotowej koła nie jest zbyt dokładne, ale problem rozwiązuje podłączenie dodatkowego czujnika, chyba dowolnego (u mnie Magene), ważne jest tylko to by obsługiwał również komunikację po Bluetooth, a nie tylko Ant+, żeby można go było podłączyć do aplikacji Tacx w telefonie.

Jedziemy!

Na tę zimę będzie mi to musiało wystarczyć. Marzyłem o wypadzie na tydzień – 10 dni do Hiszpanii, ale chyba jednak nic z tego nie będzie i kręcenie w domu pozostanie jedyną opcją żeby nie zardzewieć. Nie jest to to, co lubią tygrysy, bo zdecydowanie wolałbym żyć w okolicach, gdzie można jeździć przez cały rok, ale jako mniejsze zło spokojnie da radę przez te najgorsze 3-4 miesiące roku.