Welcoming attitude
Opublikowano: 19.10.2020
Ostatnia modyfikacja: 07.02.2024
Nie czuję się imigrantem. Przyjechałem (po raz kolejny) do Wielkiej Brytanii na niezbyt długi kontrakt, choć rzeczywiście dłuższy niż poprzednie. Ale porozmawiałem dziś chwilę ze znajomym z USA i przypomniałem sobie wiele z mojego pobytu na przedmieściach Seattle, WA. Akurat tyle, by porównać sobie z tym co mam teraz w Newbury, West Berkshire.
Naturalne dla kogoś kto przyjeżdża do obcego kraju jest to, że trochę czasu zajmuje zanim się odezwie do ludzi. Jednym mniej, innym więcej, jednym jest łatwiej, inni muszą przełamać więcej mentalnych barier. W porównaniu do Stanów Zjednoczonych Wielka Brytania nie wymusza tak bardzo kontaktu werbalnego z ludźmi - w wielu sklepach są samoobsługowe kasy, barmani nie oczekują że się będzie z nimi gadać, a wiele kontaktów interpersonalnych da się załatwić jakimś niezrozumiałym burknięciem, a w ostateczności jakimś “indeed” czy coś w tym stylu. A jednak człowiek czasem potrzebuje otworzyć gębę i pogadać, choćby o duperelach, bo nie wszystkie potrzeby można obskoczyć pisaniem. I tu się zaczyna opowieść o inkluzywności, obłudzie i naturalnej cesze brytyjczyków, do której nigdy się nie przyznają - ksenofobii. Dodatkowo zmiksowanej z poczuciem własnej wyższej wartości.
Siadasz przy barze, pijesz sobie piwko, wokól rozwija się interesująca konwersacja, więc będąc w samym oku cyklonu decydujesz się wtrącić swoje trzy grosze, bo masz coś do powiedzenia na temat. Jeżeli nie tafiłeś do obskurnej mordowni, to zwykle twój wtręt nie zostanie odrzucony, ale hola!, jeszcze nie jesteś członkiem towarzystwa, więc jakieś wprowadzenie cię nie ominie. W tym momencie w USA pada pytanie “jak masz na imię?” i zaraz potem dyskusja toczy się dalej, a ty już w niej bierzesz udział. W Wielkiej Brytanii to pierwsze pytanie brzmi “skąd jesteś?” i od udzielonej odpowiedzi zależy, jak długo potoczy się off-topic dotyczączy twojego pochodzenia i jaka pozycja zostanie ci przydzielona. Niemców “bombardowaliśmy w 45 aż została im kupka gruzów”, Francuzów “olaliśmy i czmychnęliśmy bo od razu było widać że zamierzają się poddać i tylko wybierają komu”, Włochów “bordello bum-bum”, Holendrów “w Srebrenicy byliśmy tylko przejazdem”, Czechów “my jesteśmy małymi Niemcami” czy Polaków “first to fight ale szabelkami na czołgi” Brytyjczycy lokują poniżej swojej pozycji. Oczywiście, nikt tego głośno nie powie, ale boczny tor na który dyskusja zjeżdża na chwilę nie pozostawia dużych wątpliwości. Są też narodowości, które Brytyjczycy uważają za nadludzi równych im samym - na przykład Norwegowie i co dziwne Amerykanie. Szanują Szwajcarów, choć nie uważają ich za równych sobie, mają pewien podziw dla Szwedów i Duńczyków, choć w życiu nie chcieliby żyć tak jak oni, a przyjezdnych z krajów Wspólnoty uważają za “mniejszych Brytyjczyków” (nie wiem jak się to ma do Czechów jako “małych Niemców”). A to ktoś rzuci “kurwa”, a to ktoś opowie jak był na wycieczce w Krakowie, Wieliczce i Oświęcimiu ale nic nie pamięta bo był przez cały czas pijany, a to rzuci jakieś słowo po rosyjsku, bo “przecież jesteście słowianami to powinieneś rozumieć”. No jasne, suka bliat’ to wymaga 12 lat nauki rosyjskiego. Tę chwilę off-topu trzeba przetrwać, jeżeli chcie się zająć miejsce w dyskusji. Miejsce właściwe dla swojej pozycji względem lwów Albionu, choćby te lwy montowały żaluzje, jeździły na taksówce czy przez telefon sprzedawały plany “no-limit” dla jakiegoś komórkowca. Ach, jebał was pies, czas na mnie, dzięki, cześć!
Wszystko to dzieje się samo, bezwiednie i prawie poza świadomością. Taki jest model relacji z obcymi i pomimo tego, że obecny amerikancki prezio został okrzyknięty “xenophobe-du-jour” już wiele razy, to jednak generalnie Amerykanie nie robią sztucznych barier, w odróżnieniu od Brytyjczyków. Nikt nie stoi na rogatkach z transparentem “witamy szanownych gości z daleka”, ale jak już cię do nas wpuścili, to super. Może nie jesteś jednym z nas, ale jesteś OK, mówiłeś że jak masz masz na imię, Eric? No, Eric, to jak mówiłem, soccer to jest gra dla bezmózgich osiłków, tam o nic nie chodzi tylko o latanie w tę i nazad - a popatrz na nasz football…
Czasem naprawdę się cieszę, że już w kwietniu przyszłego roku fabryka 10 razy zastanowi się zanim mnie wyśle do UK, z nie 2 razy jak obecnie. A ja będę mógł odmówić, np. ze względu na niepotwierdzone oficjalnie zagrożenie ASF.