Rozważania o jedzeniu

Opublikowano: 16.05.2020

Ostatnia modyfikacja: 07.02.2024

żarcie

Spoiler alert: ludzi jako gatunek oraz kultury na najniższym poziomie łączy wiele. Narody — prawie nic.

Clouds in ma beer

Niedawna polemika ze znajomym na fejsie kazała mi się zastanowić nad rolą jedzenia w dziele dzielenia społeczeństw. Pretekstem do sprzeczki był mój wynalazek na wieczorną niby-pizzę, którą możnaby zrobić w 20-30 minut, gdy przyjdzie na to ochota, a nie ma czasu by czekać aż ciasto urośnie. W skrócie jest to podpłomyk, na który wrzuca się dodatki jak do pizzy, a który dzięki istocie podpłomyka można mieć dosłownie w 15 minut (w postaci niby-pizzy w 20). Jest to bardzo cenna właściwość dla ludzi mieszkających na zadupiu (jak ja), albo miewających nocne zachcianki kulinarne (również jak ja), lub po prostu znajdujących w jakimś zakamarku lodówki przeterminowaną mozzarellę czy otwartą puszkę pomidorów (o, to też ja).

Zarzewiem sporu była teza, że ten wyrób nie ma prawa nazywać się pizzą, bo nie ma nadpalonych brzegów. Jednakowoż nadpalonych brzegów nie mają również inne wyroby, które oficjalnie nazywa się pizzą (np. pizza z Detroit) no i w ten sposób doszliśmy do sedna, do jedynoprawdziwości. W tym momencie dyskusja się zakończyła i każdy pozostał przy swojej opinii, jednak mnie było wciąż mało.

Peel that onion down

Postanowiłem zdjąć kolejne warstwy kulturowe, by dotrzeć do źródła tego podziału. Posługując się przykładem pizzy odrzucałem po kolei naleciałości, takie jak prawne regulacje UE i poszczególnych krajów, międzyregionalne wyścigi o palmę pierwszeństwa, wreszcie naturalne rozproszenie ośrodków w wyniku migracji ludności. Na samym dnie była idea placka z paroma rzeczami na wierzchu (prawie? zawsze jakiś nabiał), który gorący wyciąga się z pieca i je póki jest świeży i ciepły. Do tej idei pasuje zarówno pizza z Neapolu, pizza z Detroit, jak i francuska pissaladière czy alzackie Flammkuchen — oraz moja niby-pizza na podpłomyku (cebularze to jednak co innego, bo muszą ostygnąć, sorry lubelskie).

Takich idei jest więcej. Na jedną z nich kilka lat temu zwrócił moją uwagę znajomy podróżnik po powrocie z kiluletniej wyprawy do Azji, czyli różne tajemnicze rzeczy, szczelnie zawinięte w ciasto i gotowane lub smażone w głębokim tłuszczu — pierogies. Oglądając programy podróżniczo-kulinarne można odkryć takich idei znacznie więcej, kawałki mięsa na patyku pieczone na ruszcie, kiełbaska w bułce, żeby za daleko od Europy się nie oddalać.

To są rzeczy uniwersalne. Na tym poziomie nieraz odległe skupiska ludzkie tworzą wspólnotę ludzkości, ale jak słaba jest więź je łącząca niech świadczy to, ile warstw kulturowych tworzy rozdzielające je bariery. Z tego też powodu nie da się mówić o ludzkiej społeczności, bo na poziomie społecznym ludzkość nigdy nie była jednością. Jesteśmy jednym gatunkiem zwierzęcia, ale łączy nas znacznie mniej, niż nas dzieli.

Trzymajcie się tam ciepło na tym Śląsku.